Dziś będzie o kilku drobnych detalach, które nas w Brisbane powaliły i spowodowały, że to miasto jakoś się wyróżnia spośród dotychczas przez nas odwiedzonych. Po pierwsze już w drodze z lotniska do naszego b&b zauważyliśmy niesamowite, lilaróżowe drzewa w pełnym rozkwicie, które ozdabiały parki, skwery, ale też zupełnie nieciekawe ulice i zakątki miasta. Trafiliśmy akurat na czas kwitnienia drzewa o egzotycznej nazwie Jacaranda, kompletnie niespotykanego w Melbourne, ani tym bardziej w Rzeczpospolitej. Liście są drobne i przypominają akację amerykańską, cała sylwetka przypomina polską akację, no ale już kwiatostany są obłędne i z daleka drzewa goreją fioletem. Kilka fotek poniżej. Miejscowi dezajnerzy i architekci dość często nawiązują do tego lokalnie popularnego gatunku drzewa, widzieliśmy więc lilafioletowe ściany oporowe, elewacje, murki i akustyczne obudowy autostrad. Nie było to bardzo nachalne, ale jeżeli tendencja się utrzyma, może się zrobić lekko niebezpiecznie.
Drugą ciekawą tendencją Brisbane jest stosunkowo niewielka ilość grafiti w centrum, które w sposób bardzo zdyscyplinowany ogranicza się do stacji przekaźnikowych elektrycznych i telefonicznych, za to ten zwykle niezbyt przyjemny a obowiązkowy miejski mebel zamienia się w małe dzieło sztuki. Wydaje mi się, że pomysł godny naśladowania na drugiej półkuli!
Trzecią interesującą architektonicznie rzeczą była duża ilość zadaszeń w samym centrum miasta, wiadomo że klimatycznie w Brisbane słońce jest wyjątkowo niebezpieczne i uciążliwe, ale widać, że ciężkie pieniądze zostały wrzucone w totalne formalne i konstrukcyjne szaleństwo. Mnie się to podoba, może dlatego że z pozycji turysty mogę te formy podziwiać, zrobić im zdjęcie i odpocząć w ich zbawiennym cieniu. Może gdybyśmy byli rodowitymi Brisbańczykami, a struktury zostałyby postawione z naszych podatków, ocenialibyśmy je inaczej. Myślę, że tzw mała architektura miejska konsekwentnie wprowadzana dodaje miastu sporo uroku i można ją przyrównać do pikantnej przyprawy dodającej smaku dobremu daniu ;)
pierwsze spotkanie z Jacarandą
i transformatorem
mała architektura
dyskretny fiolet zjazdu do tunelu pod ratuszem
zadaszamy
i transformujemy
a tu usiadła ważka czyli zejście do przejścia podziemnego...
środa, 9 listopada 2011
wtorek, 8 listopada 2011
Brisbane miasto sztuki.
Znajomi uprzedzali nas, że Brisbane to dziura, w której niewiele się dzieje, w której trudno o pracę itd itp, ale jakoś ciężko w to uwierzyć, by w 2 milionowym mieście rzeczywiście panował taki marazm.... na szczęście miasto pozytywnie nas zaskoczyło, bo już pierwszego dnia trafiliśmy na dużą przeglądową wystawę fotografii Henri Cartier-Bressona w Queensland Art Gallery. Muszę przyznać, że bardzo lubię prace tego pana i kiedyś miałam pokój obwieszony jego pocztówkami, a teraz spędziliśmy w zaciszu wystawy dobrą godzinę. Wstęp do galerii jest darmowy, tak samo jak w melbourniańskim NGV, natomiast wystawy czasowe, przeważnie ściągane z Europy, potrafią już słono kosztować. Cartier był jednak dwa razy tańszy niż wiedeńska secesja w NGV, która była pokazywana dobre cztery miesiące bez przerwy przy nieustającym tłumie zwiedzających. Aż się chciało powiedzieć litości, pokażcie wreszcie coś innego!
Wracając do Brisbane, sam budynek galerii jest ciężkim betonowym klocem o niesamowicie lekkim wnętrzu, który przysiadł w dzielnicy South Brisbane, otoczony z jednej strony Operą - Queensland Performing Art Centre, a z drugiej nieco młodszymi braćmi, czyli Biblioteką - State Library of Queensland i Gallery of Modern Art - GoMA (rocznik 2006). Wszystkie cztery miss gracji i elegancji zajmują długi pas wybrzeża rzeki Brisbane i stanowią niezłą podstawę do zadumy nad przemijalnością trendów w architekturze XX i XXI wieku... Opera i Muzeum mają podobne, betonowo-klocowate formy, Biblioteka jest ich lżejszym przeszklonym wydaniem, a GoMa udaje ogrodowy pawilon z szerokim zadaszeniem, oczywiście powiększony x4. Więcej o architekturze obiektów możecie poczytać tu: http://qag.qld.gov.au/about_us/architecture i tu: http://www.slq.qld.gov.au/about/bdg
Galeria zachwyciła mnie swoim prostym, napełnionym światłem wnętrzem, z płytkimi sadzawkami delikatnie szemrzącej wody, ładnie zorganizowaną ekspozycją, kącikami czytelniczymi i kawiarnią z boku. Poniżej kilka fotek z wnętrza, które mam nadzieję także Wam się spodoba. I muszę przyznać, że cztery obiekty było nie było poświęcone szeroko pojętej kulturze i sztuce zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Kolejnego dnia trafiliśmy jeszcze na bardziej offowe centrum sztuki współczesnej http://www.ima.org.au/pages/home.php w starym magazynie w Fortitude Valley, a następnie do elektrowni tramwajów wodnych http://www.brisbanepowerhouse.org, również przekształconej w centrum sztuki i rozrywki zdecydowanie wysokiej na samym wybrzeżu rzeki w New Farm. Oba obiekty godne zwiedzenia i obfotografowania, zarówno z wierzchu jak i w środku, moja skromna relacja poniżej. W efekcie wychodzi na to, że Brisbane powoli dogania artystycznie Melbourne i zadufani w sobie mieszkańcy naszego miasta powinni co najmniej dwa razy przemyśleć, zanim stwierdzą, że to kulturalna pustynia;)
mała makieta całego założenia w South Brisbane, na pierwszym planie GoMA
biblioteka miejska, zdjęcie zewnętrzno-wewnętrzne
Queensland Art Gallery
tamże
i w drugą stronę
i na zewnątrz
a to już Institute of Modern Art
tamże
detal w środku
i bardzo ciekawe Brisbane Powerhouse
środek robi wielkie wrażenie
część barowa od strony rzeki tamże
i jeszcze detal wejściowy, polecam!
Wracając do Brisbane, sam budynek galerii jest ciężkim betonowym klocem o niesamowicie lekkim wnętrzu, który przysiadł w dzielnicy South Brisbane, otoczony z jednej strony Operą - Queensland Performing Art Centre, a z drugiej nieco młodszymi braćmi, czyli Biblioteką - State Library of Queensland i Gallery of Modern Art - GoMA (rocznik 2006). Wszystkie cztery miss gracji i elegancji zajmują długi pas wybrzeża rzeki Brisbane i stanowią niezłą podstawę do zadumy nad przemijalnością trendów w architekturze XX i XXI wieku... Opera i Muzeum mają podobne, betonowo-klocowate formy, Biblioteka jest ich lżejszym przeszklonym wydaniem, a GoMa udaje ogrodowy pawilon z szerokim zadaszeniem, oczywiście powiększony x4. Więcej o architekturze obiektów możecie poczytać tu: http://qag.qld.gov.au/about_us/architecture i tu: http://www.slq.qld.gov.au/about/bdg
Galeria zachwyciła mnie swoim prostym, napełnionym światłem wnętrzem, z płytkimi sadzawkami delikatnie szemrzącej wody, ładnie zorganizowaną ekspozycją, kącikami czytelniczymi i kawiarnią z boku. Poniżej kilka fotek z wnętrza, które mam nadzieję także Wam się spodoba. I muszę przyznać, że cztery obiekty było nie było poświęcone szeroko pojętej kulturze i sztuce zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Kolejnego dnia trafiliśmy jeszcze na bardziej offowe centrum sztuki współczesnej http://www.ima.org.au/pages/home.php w starym magazynie w Fortitude Valley, a następnie do elektrowni tramwajów wodnych http://www.brisbanepowerhouse.org, również przekształconej w centrum sztuki i rozrywki zdecydowanie wysokiej na samym wybrzeżu rzeki w New Farm. Oba obiekty godne zwiedzenia i obfotografowania, zarówno z wierzchu jak i w środku, moja skromna relacja poniżej. W efekcie wychodzi na to, że Brisbane powoli dogania artystycznie Melbourne i zadufani w sobie mieszkańcy naszego miasta powinni co najmniej dwa razy przemyśleć, zanim stwierdzą, że to kulturalna pustynia;)
mała makieta całego założenia w South Brisbane, na pierwszym planie GoMA
biblioteka miejska, zdjęcie zewnętrzno-wewnętrzne
Queensland Art Gallery
tamże
i w drugą stronę
i na zewnątrz
a to już Institute of Modern Art
tamże
detal w środku
i bardzo ciekawe Brisbane Powerhouse
środek robi wielkie wrażenie
część barowa od strony rzeki tamże
i jeszcze detal wejściowy, polecam!
poniedziałek, 7 listopada 2011
Brisbane, miasto nad rzeką
W ostatni poniedziałek, jednym z pierwszych lotów Quantasu po zawieszeniu broni między związkami zawodowymi a zarządem, wróciliśmy z kilkudniowej wycieczki po Brisbane i okolicach, którą mój M. postanowił zorganizować z okazji moich hmmm 18 urodzin;) Było pięknie, bo po pierwsze o dobrych kilka stopni cieplej niż w Melbourne, po drugie, obyło się bez żadnych nieprzyjemnych przygód, po trzecie idealnie omineliśmy quantasową zawieruchę, by trzy dni później dostać od nich list z przeprosinami i zapewnieniem, że w ramach zadośćuczynienia otrzymamy dodatkowe, darmowe bilety w dwie strony na terenie Australii i Nowej Zelandii! Na razie wstrzymaliśmy się z otwieraniem szampana, bo mimo tego, że lecieliśmy w dniu rozpoczęcia uziemienia floty, a wracaliśmy w dniu jej ponownego uskrzydlenia, cała akcja miała zerowy wpływ na naszą podróż, no może poza tym, że nieco się denerwowaliśmy w trakcie, jak to przyjdzie nam wracać...
Brisbane w porównaniu do Melbourne wydało nam się nieco prowincjonalne, może dlatego, że nie ma tylu olbrzymich parków i terenów sportowych w samym centrum, samo CBD jest sporo mniejsze, mieszkańców dwa razy mniej bo raptem 2 mln, ale chyba trochę nam się poprzeczka za wysoko podniosła, bo jednak w porównaniu z Warszawą to całkiem nieźle zorganizowana metropolia!
Brisbane jest zdecydowanie bardziej miastem nad rzeką niż Melbourne, głównie ze względu na jej szerokość i meandrowatą ścieżkę pomykania przez miasto. Rzeka zwie się nomen omen Brisbane River, tak żeby wszystkie dzieciaki mogły mieć piątkę z geografii. Artystycznie miasto trzyma się zadziwiająco nieźle, ale o tym napiszę innym razem. Najgorzej jest tu chyba gastronomicznie, bo jednak Melbourne pod kątem obfitości i różnorodności knajp i knajpeczek na razie góruje na tym kontynencie. Po pierwszym dniu byliśmy troszkę rozczarowani, ale w dniu wylotu trafiliśmy do bardzo fajnych dzielnic i zdanie nam się zmieniło - polecam gorąco Fortitude Valley i New Farm.
Geograficznie i turystycznie Brisbane też usadowiło się całkiem korzystnie, od północy granicząc z Sunshine Coast i pięknymi szerokimi plażami z drobnym piaskiem i wydmami jak znad Bałtyku, a od południa z Golden Coast, czyli bardziej komercyjnym rajem surferów z roztańczonymi wieżowcami strzegącymi wybrzeża, tudzież posiadaczy stylowych willi z bezpośrednim parkowaniem wypasionych jachtów w kanałach na tyłach posesji... dla każdego coś miłego.
Wracając do Brisbane i stosunku miasta do rzeki, myślę, że nasza Warszawa mogłaby się wiele nauczyć w jaki sposób rzekę umiejętnie wykorzystać, otoczyć wianuszkiem autostrad, jak zarobić na rzecznej turystyce i transporcie w wydaniu zgoła nieazjatyckim, wreszcie jak ucywilizować i przyjemnie uczłowieczyć. Na dowód kilka fotek:
nasz pierwszy widok na rzekę, w kierunku Victoria Bridge
tak, to na pierwszym planie to autostrada na wodzie ;)
dalszy ciąg autostrady plus Kurilpa Bridge
a to już nasza nieulubiona restauracja Jaspisowy Budda plus kolejny, chyba największy Story Bridge
jeden z licznych queenslanderskich tramwajów wodnych
Story Bridge od drugiej strony z widokiem na CBD
a to już bardziej prywatne wykorzystanie rzeki - domostwa w dzielnicy prawdopodobnie Norman Park widziane z centrum Brisbane Powerhouse, o czy będzie później...
Brisbane w porównaniu do Melbourne wydało nam się nieco prowincjonalne, może dlatego, że nie ma tylu olbrzymich parków i terenów sportowych w samym centrum, samo CBD jest sporo mniejsze, mieszkańców dwa razy mniej bo raptem 2 mln, ale chyba trochę nam się poprzeczka za wysoko podniosła, bo jednak w porównaniu z Warszawą to całkiem nieźle zorganizowana metropolia!
Brisbane jest zdecydowanie bardziej miastem nad rzeką niż Melbourne, głównie ze względu na jej szerokość i meandrowatą ścieżkę pomykania przez miasto. Rzeka zwie się nomen omen Brisbane River, tak żeby wszystkie dzieciaki mogły mieć piątkę z geografii. Artystycznie miasto trzyma się zadziwiająco nieźle, ale o tym napiszę innym razem. Najgorzej jest tu chyba gastronomicznie, bo jednak Melbourne pod kątem obfitości i różnorodności knajp i knajpeczek na razie góruje na tym kontynencie. Po pierwszym dniu byliśmy troszkę rozczarowani, ale w dniu wylotu trafiliśmy do bardzo fajnych dzielnic i zdanie nam się zmieniło - polecam gorąco Fortitude Valley i New Farm.
Geograficznie i turystycznie Brisbane też usadowiło się całkiem korzystnie, od północy granicząc z Sunshine Coast i pięknymi szerokimi plażami z drobnym piaskiem i wydmami jak znad Bałtyku, a od południa z Golden Coast, czyli bardziej komercyjnym rajem surferów z roztańczonymi wieżowcami strzegącymi wybrzeża, tudzież posiadaczy stylowych willi z bezpośrednim parkowaniem wypasionych jachtów w kanałach na tyłach posesji... dla każdego coś miłego.
Wracając do Brisbane i stosunku miasta do rzeki, myślę, że nasza Warszawa mogłaby się wiele nauczyć w jaki sposób rzekę umiejętnie wykorzystać, otoczyć wianuszkiem autostrad, jak zarobić na rzecznej turystyce i transporcie w wydaniu zgoła nieazjatyckim, wreszcie jak ucywilizować i przyjemnie uczłowieczyć. Na dowód kilka fotek:
nasz pierwszy widok na rzekę, w kierunku Victoria Bridge
tak, to na pierwszym planie to autostrada na wodzie ;)
dalszy ciąg autostrady plus Kurilpa Bridge
a to już nasza nieulubiona restauracja Jaspisowy Budda plus kolejny, chyba największy Story Bridge
jeden z licznych queenslanderskich tramwajów wodnych
Story Bridge od drugiej strony z widokiem na CBD
a to już bardziej prywatne wykorzystanie rzeki - domostwa w dzielnicy prawdopodobnie Norman Park widziane z centrum Brisbane Powerhouse, o czy będzie później...
niedziela, 16 października 2011
Melbourne, wizyta w Heide
Od kilku dobrych tygodni wybierałam się z ludźmi z pracy do Heidelbergu w celu odwiedzenia jednego z ważniejszych ośrodków sztuki współczesnej w naszym mieście. Już raz prawie tam trafiłam z M, kiedy to kolejką odwiedzaliśmy Heidelberg właśnie, próbując porównać go z tym niemieckim, ale że samo muzeum znajduje się daleko od szeroko rozumianej komunikacji miejskiej, jakoś nam nie wyszło. Tym razem wycieczka była celowa, prowadziła Kanako, obok siedział Bruce, z tyłu Lara, Julian i ja i w sympatyczno dowcipnym nastroju dotarliśmy do Heidi w niecałą godzinę od opuszczenia South Yarry.
Wszystko zaczęło się w 1935 roku, kiedy to John i Sunday Reed zakupili farmę mleczną od lokalnego rolnika. Już wcześniej te malownicze tereny były celem wypraw malarzy impresjonistów australijskich, a małżeństwo Reedów otworzyło drzwi swego domu dla wszystkich zabłąkanych artystycznych dusz, by stworzyć prężny ośrodek twórczy, a w 1938 roku powołać oficjalnie do życia Towarzystwo Sztuki Współczesnej. Przez ich domostwo, zwane czule Heide 1, przetoczyły się takie sławy australijskie jak Sidney Nolan, Albert Tucker, Max Harris, Charles Blackman, Mirka Mora i wielu innych. W 1963 roku zamawiają u architekta Davida McGlashana projekt swojego nowego domu (Heide 2), który zostaje zrealizowany nieopodal i jest, co tu dużo mówić, niesamowicie fotogeniczny i ponadczasowy. Zresztą w 1968 roku dom dostaje brązowy medal RIA w kategorii architektury rezydencjonalnej, najwyższe odznaczenie stanowe, jakie dom może dostać.
W 1980 roku oba domy i otaczający je ogród zostaje sprzedany stanowi Wiktoria i zostaje utworzone muzeum, a w 1981 roku Reedowie umierają w odstępie 10 dni... w 1992 roku rozpoczęta jest budowa trzeciej części założenia (Heide 3), w której w tej chwili mieści się największa kolekcja stała, jak również wystawy czasowe. Obok powstał pawilon restauracyjny, a nieco dalej w ogrodzie pawilon okolicznościowy, który można wynająć na funkcje prywatne. Ogród otaczający całe założenie jest piękny, wypełniony starodrzewem, teren łagodnie faluje, współczesne rzeźby wyeksponowane na gładkim zielonym tle prezentują się wyśmienicie. Jeżeli będziecie w Melbourne dłużej niż tydzień, na pewno warto się do tego miejsca wybrać, jest magiczne. A Heide 2 to ja bym najchętniej spakowała w walizkę i wypakowała w Polsce gdzieś na wzgórzach pod miastem ;)
prawie współczesne wejście do Heide 3
rzeźba parkingowa
pomiędzy Heide 3 a 2
pawilon restauracyjny
ogródek endogeniczny, czyli najmodniejszy w Ozzilandzie
a to już jeden z minidziedzińców otaczających Heide 2 - tego się nie da wytłumaczyć słowami, to trzeba przeżyć!
ten stempelek na budynku jest dowodem największego uznania w Wiktorii
między Heide 2 a 3 - ten ogród tez pakuję w walizkę
pawilon rekreacyjny - drzwi na piwocie dobre 3x3m
kolejną ulewę tego dnia oglądaliśmy spod zadaszenia
Heide 3 - umiejętnie dopasowane do 2
zdjęcie prawie nielegalne - ze środka na zewnątrz, spod instalacji Calluma Mortona, który pawilon Miesa przerabia na seven eleven, a Rietvielda na Toy'R'Us.... sztuka czy kicz?
Wszystko zaczęło się w 1935 roku, kiedy to John i Sunday Reed zakupili farmę mleczną od lokalnego rolnika. Już wcześniej te malownicze tereny były celem wypraw malarzy impresjonistów australijskich, a małżeństwo Reedów otworzyło drzwi swego domu dla wszystkich zabłąkanych artystycznych dusz, by stworzyć prężny ośrodek twórczy, a w 1938 roku powołać oficjalnie do życia Towarzystwo Sztuki Współczesnej. Przez ich domostwo, zwane czule Heide 1, przetoczyły się takie sławy australijskie jak Sidney Nolan, Albert Tucker, Max Harris, Charles Blackman, Mirka Mora i wielu innych. W 1963 roku zamawiają u architekta Davida McGlashana projekt swojego nowego domu (Heide 2), który zostaje zrealizowany nieopodal i jest, co tu dużo mówić, niesamowicie fotogeniczny i ponadczasowy. Zresztą w 1968 roku dom dostaje brązowy medal RIA w kategorii architektury rezydencjonalnej, najwyższe odznaczenie stanowe, jakie dom może dostać.
W 1980 roku oba domy i otaczający je ogród zostaje sprzedany stanowi Wiktoria i zostaje utworzone muzeum, a w 1981 roku Reedowie umierają w odstępie 10 dni... w 1992 roku rozpoczęta jest budowa trzeciej części założenia (Heide 3), w której w tej chwili mieści się największa kolekcja stała, jak również wystawy czasowe. Obok powstał pawilon restauracyjny, a nieco dalej w ogrodzie pawilon okolicznościowy, który można wynająć na funkcje prywatne. Ogród otaczający całe założenie jest piękny, wypełniony starodrzewem, teren łagodnie faluje, współczesne rzeźby wyeksponowane na gładkim zielonym tle prezentują się wyśmienicie. Jeżeli będziecie w Melbourne dłużej niż tydzień, na pewno warto się do tego miejsca wybrać, jest magiczne. A Heide 2 to ja bym najchętniej spakowała w walizkę i wypakowała w Polsce gdzieś na wzgórzach pod miastem ;)
prawie współczesne wejście do Heide 3
rzeźba parkingowa
pomiędzy Heide 3 a 2
pawilon restauracyjny
ogródek endogeniczny, czyli najmodniejszy w Ozzilandzie
a to już jeden z minidziedzińców otaczających Heide 2 - tego się nie da wytłumaczyć słowami, to trzeba przeżyć!
ten stempelek na budynku jest dowodem największego uznania w Wiktorii
między Heide 2 a 3 - ten ogród tez pakuję w walizkę
pawilon rekreacyjny - drzwi na piwocie dobre 3x3m
kolejną ulewę tego dnia oglądaliśmy spod zadaszenia
Heide 3 - umiejętnie dopasowane do 2
zdjęcie prawie nielegalne - ze środka na zewnątrz, spod instalacji Calluma Mortona, który pawilon Miesa przerabia na seven eleven, a Rietvielda na Toy'R'Us.... sztuka czy kicz?
Australia, kolonie w Rye
W zeszły weekend odbyły się pierwsze oficjalne kolonie naszej małej lokalnej kobiecej grupy wsparcia;) Nie będę się wdawać w szczegółowe wyjaśnienia, ale Polaków w Melbourne jest trochę, a w różnych okolicznościach mniej lub bardziej towarzyskich wyłoniła nam się całkiem zwarta i dobrze zorganizowana grupa babeczek, które są w podobnym wieku i mają siłę i ochotę czasem się spotkać i zabawić. Pochodzimy z różnych stron Polski, ale łączy nas na pewno jedno - dola / niedola emigranta w Melbourne. A więc podobne doświadczenia, zachwyty, problemy i tęsknoty. Czy to za ogórkową Mamy, czy za piosenkami Anity Lipnickiej, czy za obejrzenim po raz setny Seksmisji, czy po prostu pogadaniem w ojczystym języku.
No i w końcu się zorganizowałyśmy i wyjechałyśmy na kolonie na Mornington Peninsula, a dokładnie do miejscowości Rye. Wynajęłyśmy dosyć wypasiony domek z basenem, wielkim salonem z kuchnią, kominkiem i żaglowcem, 4 sypialniami i ogrodem. Przyjechałyśmy już w piątek, a w niedzielę po dwóch dniach szaleństwa, picia, opalania się, spacerów, masaży, maseczek, śpiewów, objadania się frykasami i opowieści o wszystkim i o niczym wróciłyśmy do domów. Było fantastycznie i myślę, że wszystkie wróciłyśmy do codzienności szczęśliwsze. Kolejne kolonie planujemy na styczeń - luty i myślę, że będzie jeszcze lepiej!
A teraz krótka relacja foto z Rye i naszego domku. Hip hip hurra!
nasz domek od frontu, basen niestety jakoś się nie załapał na fotkę, mimo że przeleżałyśmy nad nim pół soboty
żaglowiec, szczęśliwie przeżył najazd naszej brygady
na plażę w Rye miałyśmy 5 minut spacerkiem, w międzyczasie rozmowy o życiu...
plaża w Rye, klify w prawo
gorączka sobotniej nocy
plaża w Rye, idziemy w lewo hehe
a to już St Andrews w niedzielę, kiedy spotkałyśmy się z naszymi mężczyznami
No i w końcu się zorganizowałyśmy i wyjechałyśmy na kolonie na Mornington Peninsula, a dokładnie do miejscowości Rye. Wynajęłyśmy dosyć wypasiony domek z basenem, wielkim salonem z kuchnią, kominkiem i żaglowcem, 4 sypialniami i ogrodem. Przyjechałyśmy już w piątek, a w niedzielę po dwóch dniach szaleństwa, picia, opalania się, spacerów, masaży, maseczek, śpiewów, objadania się frykasami i opowieści o wszystkim i o niczym wróciłyśmy do domów. Było fantastycznie i myślę, że wszystkie wróciłyśmy do codzienności szczęśliwsze. Kolejne kolonie planujemy na styczeń - luty i myślę, że będzie jeszcze lepiej!
A teraz krótka relacja foto z Rye i naszego domku. Hip hip hurra!
nasz domek od frontu, basen niestety jakoś się nie załapał na fotkę, mimo że przeleżałyśmy nad nim pół soboty
żaglowiec, szczęśliwie przeżył najazd naszej brygady
na plażę w Rye miałyśmy 5 minut spacerkiem, w międzyczasie rozmowy o życiu...
plaża w Rye, klify w prawo
gorączka sobotniej nocy
plaża w Rye, idziemy w lewo hehe
a to już St Andrews w niedzielę, kiedy spotkałyśmy się z naszymi mężczyznami
sobota, 15 października 2011
Melbourne, wiosennie
Dziś będą trzy wpisy po kolei, żeby nadrobić stracony czas i wykorzystać zebrany materiał zdjęciowy. Pierwszy, trochę nudny, pogodowo botaniczny ;) Dalej jest trochę dziwnie i zmiennie, w ciągu dnia może dwa razy być ulewa, raz upał, do tego zimny wiatr i nagle stojące rozgrzane powietrze, ciężko się dopasować ubraniowo i z klapek można płynnie przejść w półbuty. Dużo ludzi siąka nosem, łapie przeziębienia, a jak tylko słońce trochę wyjdzie zza chmur, natychmiast trawniki zapełniają się spragnionymi witaminy D. Dwa tygodnie temu przeszłam się do botanika, żeby sprawdzić, jak wiosna sobie radzi, a dziś odwiedziliśmy Heidelberg, gdzie owocują morwy i to całkiem nieźle! Pierwszy sezon kwitnienia drzewek owocowych mamy za sobą, ale jeszcze gdzieniegdzie coś się pojawia. Ptaki budzą nas swoimi trelami o 5, a wieczorem wyśpiewują o zachodzie, a dwa dni temu wieczorem po raz pierwszy usłyszałam za oknem cykady, można więc uznać, że zbliża się sezon letni! A teraz kilka zdjęć botanicznych i kończę optymistycznie ten krótki wpis, by za chwilę oddać się opisom naszego poprzedniego lykendu;)
ciężkie kiście kwiatowe
to chyba jakiś storczyk
małe, niepozorne, a jednak zachwyca
tych kwiatów jakoś szczególnie nie lubię, w Polsce kojarzyły mi się z pretensjonalnymi wiązankami, a tu, w kwitnących kempach wyglądają bardzo naturalnie
pszczoły w robocie
dzisiejsza morwa, trochę jeszcze za mało słodka, ale znana i lubiana i tu i w Nowej Zelandii
ciężkie kiście kwiatowe
to chyba jakiś storczyk
małe, niepozorne, a jednak zachwyca
tych kwiatów jakoś szczególnie nie lubię, w Polsce kojarzyły mi się z pretensjonalnymi wiązankami, a tu, w kwitnących kempach wyglądają bardzo naturalnie
pszczoły w robocie
dzisiejsza morwa, trochę jeszcze za mało słodka, ale znana i lubiana i tu i w Nowej Zelandii
Subskrybuj:
Posty (Atom)