Dla porównania z rajskimi plażami Perth wybraliśmy się w tę sobotę razem z JiJ na piaszczyste wybrzeże Półwyspu Mornington, czyli chyba w najbliższe miejsce w stosunku do Melbourne nad otwartm oceanem. Uciekaliśmy od zatoki i od miasta, które od kilku dni bzyczy i brzęczy od wczesnych godzin porannych, a wszystko dzięki Formule 1.
Tak to się jakoś składa, że niektóre sporty są dla mnie ekscytujące do oglądania (patrz tenis), podczas gdy inne są tylko utrapieniem i dla nas i dla naszych zmotoryzowanych sąsiadów... mimo, że mieszkamy jakieś 2-3km od toru, jesteśmy w strefie płatnego parkowania kibiców, więc już od początku tygodnia nasi sąsiedzi zaczęli dostawać mandaty, o ile nie mieli specjalnej wklejki, że tu właśnie mieszkają! No i testowanie toru zaczyna się przeważnie w okolicach 7 rano, a więc dźwięki jakby za ścianą był gabinet dentysty-sadysty mieliśmy na bieżąco! Na szczęście wczoraj szaleństwo się skończyło i miasto wróciło do normy. A Formuła jest dla mnie sportem, który zdecydowanie lepiej ogląda się w telewizji: przekaz z helikopterów, wzajemna pozycja bolidów, zbliżenia na kraksy - tego wszystkiego nie da się zobaczyć stojąc w ścisku tuż przy torze i widząc tylko przebłyski rozpędzonych maszyn mijających nas z potwornym hukiem, a to wszystko za jednyne $99.
Wracając do naszej wycieczki, dzień był piękny, słoneczny, a temperatura nieco powyżej 20C. Wyjechaliśmy z miasta około 11 i o 1 byliśmy w Sorrento na krótkiej wycieczce po tym malowniczym miasteczku oraz lunchu w naszej już wypróbowanej włoskiej knajpce. Wzięliśmy z M po steku, który zapamiętaliśmy jako wyjątkowo smaczny, JiJ poprzestali na sałatkach i kalmarach z frytami. Po lunchu udaliśmy się na plaże w Portsea, czyli praktycznie za rogiem. Sam cypel nie jest dostępny drogą kołową i w planie mieliśmy dłuższy spacer, ale polegliśmy - droga była wyboista, a my w plażowych klapach. Wiało nieźle, więc wzdłuż wybrzeża unosili się paralotniarze i lotniarze, było pięknie, a na samej plaży już spokojniej, choć rozpędzone fale nieźle atakowały.
Woda była na tyle zimna, że ja tylko zanurzyłam łydki, natomiast posiadacze pianek mogli siedzieć w niej nawet godzinę! M narzekał tylko następnego dnia, że czuje się nieźle wymłócony przez fale, tak jakby ktoś go obił. Krajobraz był piękny, zakłócony jedynie przez zdechłą fokę, czekającą na zmiłowanie jakiegoś patrolu, w odległości 200m od nas. Mieliśmy tez pełny zestaw ratowników z łodzią, chyba z 10, także warunki potencjalnego tonięcia były niemal idealne: ponad 2 ratowników na jednego topielca! Bardzo przyjemny dzień, choć myślę, że jeden z ostatnich w tym sezonie ze względu na pogarszającą się aurę...
wybrzeże w Portsea - jeszcze od strony zatoki
kiełbaski wolontariackie
a to już pełen ocean
odwagi!
konsylium nad biedną foczką
nasi ratownicy
M i fala...
lotniarzy było dwóch, a lądowanie na plaży wyglądało brawurowo!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mornington. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mornington. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 marca 2012
czwartek, 1 marca 2012
Melbourne, Pippilotti w ACCA
Dziś po raz drugi wylądowałam na wystawie Pippilotti Rist, która przed laty była dla mnie pozytywnym objawieniem współczesnej sztuki video, obejrzanej w CSW. Wtedy artystka w podskokach wielkim gumowym fallicznym kwiatem rozbijała szyby samochodów, a policjanci salutowali jej przechodząc obok.
Tym razem w nowej odsłonie obejrzeliśmy filmy Pippilotti w ACCA (Australian Centre for COntemporary Art - jak otworzycie linka zobaczycie, jak budowano wystawę i co artysta miał na myśli ;)) z J, J i M kilka tygodni temu w ramach leniwej niedzieli, a dziś w innej scenerii promocji wykładzin dywanowych - z miejscowymi architektami i projektantami wnętrz. W sumie za pierwszym razem lepiej mogliśmy się wczuć w przepływające przed oczami obrazy i towarzyszącą im muzykę. Genialne posunięcie to wymuszony sposób oglądania video - pośrodku wielkiego pomieszczenia wybudowano dwie wyspy - kwiaty, obłożone wyżej wymienionymi wykładzinami dywanowymi, projekcja odbywa się z centrum pąka w kierunku plamy na suficie, a odbiorcy muszą się po prostu koncentrycznie położyć i wyluzować. Właśnie to chyba jest słowo klucz, bo zupełnie inaczej odbiera się sztukę przestępując z nogi na nogę, lub kuląc się w kucki w rogu pomieszczenia. Leżenie na plecach i patrzenie w górę przypomina Dyzia Marzyciela i dzięki Pippilotti każdy z nas ma szansę stać się nim choćby na chwilę.... wystawa czynna tylko do niedzieli, więc jeżeli natychmiast wsiądziecie w samolot, to zdążycie!
Promocja, która odbyła się dziś w ACCA, wyglądała tak jak większość sponsorowanych "wydarzeń branżowych" dla architektów. Po pierwsze przychodzi email z kuszącym opisem, na który należy odpowiedzieć. Na miejscu od razu zabierają nam wizytówkę, w celu losowania Ipoda po oficjalnej części spotkania, a głównie po to, by powiększyć swoją bazę potencjalnych kontaktów. Dalej mamy miejsce imprezy, które przeważnie jest ciekawym obiektem / wnętrzem architektonicznym, w nim sporo kelnerów i barmanów, alko leje się poważnym strumieniem, a tzw canapes są rozchwytywane na pniu. Potem przychodzi część oficjalna, czyli albo jakiś uznany architekt albo w tym przypadku kurator wystawy opowiada o miejscu/ projekcie. Płynnie oddaje głos komuś z działu promocji firmy, która wydarzenie sponsoruje - w tym przypadku panu od dywanów, który przez kolejne dziesięć minut błądzi po slajdach z produktami i ich rewelacyjnymi cechami technicznymi. Na koniec losowanie ww. gadżetu. W sumie może być, ale po kilku razach wpada się w rutynę. Dziś na szczęście było trochę inaczej za sprawą ekscentrycznej kuratorki z ACCA, która przypominała starego siwego dziada bez zęba na przedzie, za to z szeroką gestykulacją i darem wymowy, oraz dywanowego alladyna prosto ze Szkocji, który sypał żartami jak z rękawa, z których potem niestety musiał śmiać się sam, bo akcent szkocki jest słabo w Australii rozpoznawalny... No i oczywiście miejsce, czyli ACCA, punkt obowiązkowy dla miłośników kortenu i pogiętych form, mnie się podoba, choć urbanistycznie jest nieco oddalony od centrum miejskich wydarzeń i przez to rzadko odwiedzany, a szkoda!
ACCA od strony miasta
i mały dziedzińczyk z kawiarnią od zaplecza
główne wejście do ACCA
hol z małą księgarnią i kawiarnią
kontemplacja dywanowa, M twierdził, że dywany śmierdzą i nie chciał się położyć!
a to już Pippilotti szybująca nad ziemią
Pippilotti z dwóch rzutników z dużą ilością półprzepuszczalnych tkanin w sali obok
Tym razem w nowej odsłonie obejrzeliśmy filmy Pippilotti w ACCA (Australian Centre for COntemporary Art - jak otworzycie linka zobaczycie, jak budowano wystawę i co artysta miał na myśli ;)) z J, J i M kilka tygodni temu w ramach leniwej niedzieli, a dziś w innej scenerii promocji wykładzin dywanowych - z miejscowymi architektami i projektantami wnętrz. W sumie za pierwszym razem lepiej mogliśmy się wczuć w przepływające przed oczami obrazy i towarzyszącą im muzykę. Genialne posunięcie to wymuszony sposób oglądania video - pośrodku wielkiego pomieszczenia wybudowano dwie wyspy - kwiaty, obłożone wyżej wymienionymi wykładzinami dywanowymi, projekcja odbywa się z centrum pąka w kierunku plamy na suficie, a odbiorcy muszą się po prostu koncentrycznie położyć i wyluzować. Właśnie to chyba jest słowo klucz, bo zupełnie inaczej odbiera się sztukę przestępując z nogi na nogę, lub kuląc się w kucki w rogu pomieszczenia. Leżenie na plecach i patrzenie w górę przypomina Dyzia Marzyciela i dzięki Pippilotti każdy z nas ma szansę stać się nim choćby na chwilę.... wystawa czynna tylko do niedzieli, więc jeżeli natychmiast wsiądziecie w samolot, to zdążycie!
Promocja, która odbyła się dziś w ACCA, wyglądała tak jak większość sponsorowanych "wydarzeń branżowych" dla architektów. Po pierwsze przychodzi email z kuszącym opisem, na który należy odpowiedzieć. Na miejscu od razu zabierają nam wizytówkę, w celu losowania Ipoda po oficjalnej części spotkania, a głównie po to, by powiększyć swoją bazę potencjalnych kontaktów. Dalej mamy miejsce imprezy, które przeważnie jest ciekawym obiektem / wnętrzem architektonicznym, w nim sporo kelnerów i barmanów, alko leje się poważnym strumieniem, a tzw canapes są rozchwytywane na pniu. Potem przychodzi część oficjalna, czyli albo jakiś uznany architekt albo w tym przypadku kurator wystawy opowiada o miejscu/ projekcie. Płynnie oddaje głos komuś z działu promocji firmy, która wydarzenie sponsoruje - w tym przypadku panu od dywanów, który przez kolejne dziesięć minut błądzi po slajdach z produktami i ich rewelacyjnymi cechami technicznymi. Na koniec losowanie ww. gadżetu. W sumie może być, ale po kilku razach wpada się w rutynę. Dziś na szczęście było trochę inaczej za sprawą ekscentrycznej kuratorki z ACCA, która przypominała starego siwego dziada bez zęba na przedzie, za to z szeroką gestykulacją i darem wymowy, oraz dywanowego alladyna prosto ze Szkocji, który sypał żartami jak z rękawa, z których potem niestety musiał śmiać się sam, bo akcent szkocki jest słabo w Australii rozpoznawalny... No i oczywiście miejsce, czyli ACCA, punkt obowiązkowy dla miłośników kortenu i pogiętych form, mnie się podoba, choć urbanistycznie jest nieco oddalony od centrum miejskich wydarzeń i przez to rzadko odwiedzany, a szkoda!
ACCA od strony miasta
i mały dziedzińczyk z kawiarnią od zaplecza
główne wejście do ACCA
hol z małą księgarnią i kawiarnią
kontemplacja dywanowa, M twierdził, że dywany śmierdzą i nie chciał się położyć!
a to już Pippilotti szybująca nad ziemią
Pippilotti z dwóch rzutników z dużą ilością półprzepuszczalnych tkanin w sali obok
czwartek, 26 stycznia 2012
Phillip Island, bodysurfing
Jako że na Australian Open nie ostał się żaden polski zawodnik, mogę spokojnie przejść do tematów krajoznawczych i wakacyjnych. Dziś mamy Dzień Australii i teoretycznie powinniśmy z flagami w parku miejskim smarzyć kiełbaski na grillu, ale praktycznie mamy kilka innych zajęć na głowie i zostaliśmy na chacie, słuchając Greka wyjącego przez ścianę i smarząc ww kiełbaski we własnym ogródku.
Wracając jeszcze do AO 2012, pozostaje jednak spora satysfakcja, bo wszak Radwańska przegrała w singlu z Azarenką, która w sobotę zagra w finale, w deblu zaś z Włoszkami, które także będą w finale, a duet Fyrstenberg-Matkowski z braćmi z USA, którzy grają w finale debla męskiego. A więc o ile przegrywać, to przynajmniej z najlepszymi i tego się trzymajmy. Ja zaś najbardziej się cieszę z możliwości podziwiania Martiny Hingis na żywo i mojej cudem podpisanej przez nią czapeczki, która będzie mi słyużyć do porannego biegania.
Phillip Island wstępnie opisywałam w czasie wizyty Krzynda, kiedy to nocowaliśmy blisko wyspy, obejrzeliśmy marsze pingwinów na plaży oraz sanktuarium miśków koala - jakoś w środku australijskiej zimy. Tym razem załapaliśmy sie na wyprawę z Joasią i Jędrkiem i uderzyliśmy w piękny niedzielny poranek w kierunku Mornington Peninsula, a potem dalej naWyspę, w sumie półtorej godziny jazdy dorbą drogą od naszego domu. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy punkt informacyjny, gdzie mocno starsza pani wyjaśniła nam, które plaże są najlepsze, które strzeżone, gdzie możemy kupić żarełko, a gdzie się przespacerować. Udaliśmy się na krótkie zakupy a potem na piknik w pobliżu jednej z niestrzeżonych plaż na wschodnim krańcu wyspy. Krajobraz był przepiękny, a w dole kilku śmiałków ćwiczyło surfing na dosyć sporych falach.
Następnym punktem programu była inna plaża, strzeżona, gdzie wypakowaliśmy wszystkie graty i zainstalowalismy się na drobnym jasnym piaseczku mniej więcej 100m od fal, dookoła pełno było ludzi, niedzielnych plażowiczów z miniaturowymi namiocikami i, rzadziej, parasolami. Dużo dzieciaków, w wodzie pełno ludzi i szaleństwo desek od długich i smukłych, poprzez krótkie toporne i grubawe do cieniutkich ślizgaczy służących do zabawy w strefie odpływu, na płaskim piachu lekko zmoczonym przez uciekającą wodę.
Nasi znajomi mieli deski do bodysurfingu, które nam na jakiś czas pożyczyli i muszę przyznać, że bardzo mi się taka zabawa podoba! Polega ona na wypłynięciu z mozołem w strefę załamywania się fal... następnie przodem do fali trzeba wyczekać na właściwą dużą i nośną falę.... teraz trzeba szybko obrócić całe ciało z deską... i zacząć energicznie wiosłować i machac nogami... by fala poniosła nas na sam brzeg! Zabawa jest lepsza niż w wesołym miasteczku, a określana jest jako wstęp do właściwego, dorosłego surfingu, osobiście polecam!
A teraz kilka zdjęć z Philip Island:
Wracając jeszcze do AO 2012, pozostaje jednak spora satysfakcja, bo wszak Radwańska przegrała w singlu z Azarenką, która w sobotę zagra w finale, w deblu zaś z Włoszkami, które także będą w finale, a duet Fyrstenberg-Matkowski z braćmi z USA, którzy grają w finale debla męskiego. A więc o ile przegrywać, to przynajmniej z najlepszymi i tego się trzymajmy. Ja zaś najbardziej się cieszę z możliwości podziwiania Martiny Hingis na żywo i mojej cudem podpisanej przez nią czapeczki, która będzie mi słyużyć do porannego biegania.
Phillip Island wstępnie opisywałam w czasie wizyty Krzynda, kiedy to nocowaliśmy blisko wyspy, obejrzeliśmy marsze pingwinów na plaży oraz sanktuarium miśków koala - jakoś w środku australijskiej zimy. Tym razem załapaliśmy sie na wyprawę z Joasią i Jędrkiem i uderzyliśmy w piękny niedzielny poranek w kierunku Mornington Peninsula, a potem dalej naWyspę, w sumie półtorej godziny jazdy dorbą drogą od naszego domu. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy punkt informacyjny, gdzie mocno starsza pani wyjaśniła nam, które plaże są najlepsze, które strzeżone, gdzie możemy kupić żarełko, a gdzie się przespacerować. Udaliśmy się na krótkie zakupy a potem na piknik w pobliżu jednej z niestrzeżonych plaż na wschodnim krańcu wyspy. Krajobraz był przepiękny, a w dole kilku śmiałków ćwiczyło surfing na dosyć sporych falach.
Następnym punktem programu była inna plaża, strzeżona, gdzie wypakowaliśmy wszystkie graty i zainstalowalismy się na drobnym jasnym piaseczku mniej więcej 100m od fal, dookoła pełno było ludzi, niedzielnych plażowiczów z miniaturowymi namiocikami i, rzadziej, parasolami. Dużo dzieciaków, w wodzie pełno ludzi i szaleństwo desek od długich i smukłych, poprzez krótkie toporne i grubawe do cieniutkich ślizgaczy służących do zabawy w strefie odpływu, na płaskim piachu lekko zmoczonym przez uciekającą wodę.
Nasi znajomi mieli deski do bodysurfingu, które nam na jakiś czas pożyczyli i muszę przyznać, że bardzo mi się taka zabawa podoba! Polega ona na wypłynięciu z mozołem w strefę załamywania się fal... następnie przodem do fali trzeba wyczekać na właściwą dużą i nośną falę.... teraz trzeba szybko obrócić całe ciało z deską... i zacząć energicznie wiosłować i machac nogami... by fala poniosła nas na sam brzeg! Zabawa jest lepsza niż w wesołym miasteczku, a określana jest jako wstęp do właściwego, dorosłego surfingu, osobiście polecam!
A teraz kilka zdjęć z Philip Island:
niedziela, 16 października 2011
Australia, kolonie w Rye
W zeszły weekend odbyły się pierwsze oficjalne kolonie naszej małej lokalnej kobiecej grupy wsparcia;) Nie będę się wdawać w szczegółowe wyjaśnienia, ale Polaków w Melbourne jest trochę, a w różnych okolicznościach mniej lub bardziej towarzyskich wyłoniła nam się całkiem zwarta i dobrze zorganizowana grupa babeczek, które są w podobnym wieku i mają siłę i ochotę czasem się spotkać i zabawić. Pochodzimy z różnych stron Polski, ale łączy nas na pewno jedno - dola / niedola emigranta w Melbourne. A więc podobne doświadczenia, zachwyty, problemy i tęsknoty. Czy to za ogórkową Mamy, czy za piosenkami Anity Lipnickiej, czy za obejrzenim po raz setny Seksmisji, czy po prostu pogadaniem w ojczystym języku.
No i w końcu się zorganizowałyśmy i wyjechałyśmy na kolonie na Mornington Peninsula, a dokładnie do miejscowości Rye. Wynajęłyśmy dosyć wypasiony domek z basenem, wielkim salonem z kuchnią, kominkiem i żaglowcem, 4 sypialniami i ogrodem. Przyjechałyśmy już w piątek, a w niedzielę po dwóch dniach szaleństwa, picia, opalania się, spacerów, masaży, maseczek, śpiewów, objadania się frykasami i opowieści o wszystkim i o niczym wróciłyśmy do domów. Było fantastycznie i myślę, że wszystkie wróciłyśmy do codzienności szczęśliwsze. Kolejne kolonie planujemy na styczeń - luty i myślę, że będzie jeszcze lepiej!
A teraz krótka relacja foto z Rye i naszego domku. Hip hip hurra!
nasz domek od frontu, basen niestety jakoś się nie załapał na fotkę, mimo że przeleżałyśmy nad nim pół soboty
żaglowiec, szczęśliwie przeżył najazd naszej brygady
na plażę w Rye miałyśmy 5 minut spacerkiem, w międzyczasie rozmowy o życiu...
plaża w Rye, klify w prawo
gorączka sobotniej nocy
plaża w Rye, idziemy w lewo hehe
a to już St Andrews w niedzielę, kiedy spotkałyśmy się z naszymi mężczyznami
No i w końcu się zorganizowałyśmy i wyjechałyśmy na kolonie na Mornington Peninsula, a dokładnie do miejscowości Rye. Wynajęłyśmy dosyć wypasiony domek z basenem, wielkim salonem z kuchnią, kominkiem i żaglowcem, 4 sypialniami i ogrodem. Przyjechałyśmy już w piątek, a w niedzielę po dwóch dniach szaleństwa, picia, opalania się, spacerów, masaży, maseczek, śpiewów, objadania się frykasami i opowieści o wszystkim i o niczym wróciłyśmy do domów. Było fantastycznie i myślę, że wszystkie wróciłyśmy do codzienności szczęśliwsze. Kolejne kolonie planujemy na styczeń - luty i myślę, że będzie jeszcze lepiej!
A teraz krótka relacja foto z Rye i naszego domku. Hip hip hurra!
nasz domek od frontu, basen niestety jakoś się nie załapał na fotkę, mimo że przeleżałyśmy nad nim pół soboty
żaglowiec, szczęśliwie przeżył najazd naszej brygady
na plażę w Rye miałyśmy 5 minut spacerkiem, w międzyczasie rozmowy o życiu...
plaża w Rye, klify w prawo
gorączka sobotniej nocy
plaża w Rye, idziemy w lewo hehe
a to już St Andrews w niedzielę, kiedy spotkałyśmy się z naszymi mężczyznami
niedziela, 24 lipca 2011
Mornington Peninsula Hot Springs
Dziś będzie o naszej najnowszej wyprawie, podyktowanej potrzebą uczczenia jakże ważnego wydarzenia w naszym życiu, które odbyło się równiutko rok i jeden dzień temu, czyli daty mojego i M ślubu. Z tej okazji postanowiliśmy nawzajem się zaskoczyć, przy czym muszę uznac publicznie wygraną M w zaserwowanej niespodziance. To znaczy M w swojej złożonej naturze postanowił stopniować mi napięcie, na przykład tydzień temu oświadczył, że wynajął na tę sobotę samochód... potem w czwartek zmiękł zupełnie i kazał wybierać mi zabiegi kosmetyczne z netu! Hm, no cóż tajemnica przestała być tajemnicą, ale ekscytacja z powodu zbliżającego się dnia pełnego atrakcji rosła... najzabawniejsze było to, że chcieliśmy zarezerwować jakieś zabiegi itp, a okazało się, że można to zrobić najpóźniej 5 dni przed! A najlepiej 4 tygodnie wcześniej... ale po kolei:
M postanowił zabrać mnie w tym pięknym dniu do Mornington Peninsula Hot Springs, czyli tutaj. Miejsce znajduje się prawie na czubeczku półwyspu, który oddziela zatokę Port Philip od pełnego oceanu. Większość bogatych Melbourniańczyków właśnie tu ma swoje domki letniskowe, o ile 300m2 chaty można nazwać domkami... Drugie takie zagłębie z surfowym rajem znajduje się po drugiej stronie zatoki, czyli od Queenscliff przez Barwon Heads aż po Great Ocean Road. Same krajobrazy są tu przecudowne, miejscami przypominają krajobraz Toskanii bez winnic (hm, o ile możecie sobie coś takiego wyobrazić), jest pięknie, co będzie widać na zdjęciach poniżej. Gorące Źródła mieliśmy zaklepane na 12.15, więc wcześniej trafiliśmy na krótki lunch nad ocean, w okolice latarni morskiej na Cape Schanck. Słońca było trochę, wiatru nieco więcej, więc po napstrykaniu kilku obowiązkowych fot ruszyliśmy dalej.
Sam wjazd na teren Hot Springs przypominał mi trochę niesławne darmowe campingi w Seaspray, pochowane w lekkim buszu ubite stanowiska parkingowe były bardzo naturalistyczne i niestety w większości już pozajmowane. Ruszyliśmy z gratami do głównego wejścia, które okazało się być wejściem dla tłuszczy (hm, tylko $30), a my tymczasem mieliśmy zarezerwowane miejsca bardziej elitarne, bo bez dzieci i z prywatną kąpielą, w osobnym pawilonie za bagatela $70 od łebka. Pomysł okazał się średnio trafiony, bo do naszej dyspozycji basenów było słownie 5 plus oczywiście owa luksusowa usługa kąpieli prywatnej, o której za chwilę. Całość była sypmatycznie osadzona w nadmorskiej roślinności, lekko waliło siarką, a baseniki były szczelnie wypełnione niewiastami o rubensowskich kształtach czytającymi plotkarskie tygodniki. Udało nam się znaleźć jeden basenik kompletnie pusty, jednak po wejściu szybko wyjaśniło się, dlaczego. M był w siódmym niebie, natomiast dla mnie temperatura +42C była praktycznie nie do wytrzymania. Zarówno moje biedne żyły jak i serducho zaczęły szalony taniec, więc prędko wycofałam się z tej atrakcji.... poszliśmy w górę założenia i okazało sie, że kolejne ścieżki prowadzące do wyżej położonych basenów są zagrodzone, a te na dole znów zajęte. M wbił się do sauny fińskiej, która była słabo nagrzana, ale za to puściutka. Ja z kolei poszybowałam do głównego baseniku z bąbelkami i temperaturą + 36C, która dla mnie była w sam raz.
O 13.15 zaczynała się nasza kąpiel prywatna, więc przeszliśmy do pokoju relaksacyjnego, w którym czekała na nas aromatyczna herbata i hinduska muzyka. Młody chłopak o aparycji ratownika basenowego zaprowadził nas do naszej zagrody, w której znajdował się zadaszony taras z dwoma leżakami i stolikiem z wodą cytrynową oraz basenik 2x2m o temperaturze +40C. Dla mnie znów za gorąco, ale okazało się, że z boku mamy całą serię zaworów i możemy temperaturę wyregulować, jak również przycisk bezpieczeństwa, gdybyśmy nagle oboje zasłabli. Sprytne. Chłopak obiecał zadzwonić za pół godziny w celu dyskretnego wywalenia nas z naszego luksusowego przybytku. Jak luksusowo to wszystko wyglądało, pokazują zdjęcia;) . no nic to, postanowiliśmy cieszyć się chwilą, a ja zaczęłam intensywnie walczyć z zaworami, by obniżyć temperaturę do błogosławionych 36C...Generalnie nic specjalnego i polecić tej usługi nie mogę ;)
Natomiast udało nam się też zapisać na zabiegi kosmetyczne, M - masaż całego ciała, ja - twarz. Wyszło całkiem sympatycznie, bo mieliśmy je robione równolegle w tym samym pokoju. Miłe panie wyjaśniły nam, na czym zabawa będzie polegać, następnie wyszły, więc mogliśmy przebrać się z mokrych kostiumów kąpielowych w coś przypominającego szpitalne trójkąciki przedoperacyjne. Zdjęcie M w tymże zostało oficjalnie i skutecznie wykasowane z mojego aparatu, więc nie ma szans na publikację:) Panie wróciły w spaliły w gabinecie jakieś wonne zioła, które miały teoretycznie zjednoczyć nas w tej duchowo - cielesnej ceremonii. Jako starzy cynicy trochę nie uwierzyliśmy w to zjednoczenie, ale było miło. W sumie pani nałożyła na moją twarz, szyję i deoklt 7 różnych kosmetyków, wykonała dogłębny masaż szyi i karku oraz całej twarzy, oczyściła, wzmocniła i namaściła, a w czasie trwania najdłuższej maseczki dodatkowo wymasowała mi obie stopy (ooo cudowna!), nie mogę więc narzekać. M jednak stwierdził, że masaż tajski był zdecydowanie bardziej dla niego, ten olejkowy za miękki. No cóż, następnym razem.
Zrelaksowani i wygłodzeni opuściliśmy gorące źródła, oczywiście okazało się, że mimo wykupienia karnetu na cały dzień, nie możemy wrócić po południu... typowe. Panie masażystki poleciły nam też kosmetyki z ich sklepiku, najmniejsza tubka 30ml kosztowała ponad $50. Dodatkowo okazało się, że mimo wykupienia dość drogiego pakietu, nie możemy swobodnie zwiedzić całegoo środka i jeżeli chcemy wejść do tańszej części dla tłuszczy z dziećmi, będzie nas to kosztowało kolejne $30. Podsumowując, jest to niezły model biznesowy i chętnych na pewno wielu, ale trzeba bardzo dobrze przeanalizować ofertę i nie dać się wciągnąć w dodatkowe koszty, bo można wydać fortunę na coś, co w sumie jest dosyć przeciętną, niezbyt luksusową usługą.
Na obiad trafiliśmy do Sorrento, w małej przytulnej włoskiej knajpie załadowaliśmy po przepysznym steku, a potem obejrzeliśmy zachód słońca w Portsea. Było to bardzo romantyczne podsumowanie pięknego dnia, dziękuję M!
typowy krajobraz Mornington Peninsula
lunch pod latarnią
kawałek luksusowej baseniarni z chatką sauny fińskiej w tle
a to już nasza kąpiel prywatna
i seria zaworów w naszym baseniku, w tle - płot niczym z zagrody dla kóz
zestaw kosmetyków, które wchłonęła moja twarz w ramach 45minutowego zabiegu
a to już wszystkie mikroelementy, które nas tego dnia zaatakowały
i jeszcze ogólny widok na część dla tłuszczy - myślę, że tam mogło być całkiem ciekawie!
M postanowił zabrać mnie w tym pięknym dniu do Mornington Peninsula Hot Springs, czyli tutaj. Miejsce znajduje się prawie na czubeczku półwyspu, który oddziela zatokę Port Philip od pełnego oceanu. Większość bogatych Melbourniańczyków właśnie tu ma swoje domki letniskowe, o ile 300m2 chaty można nazwać domkami... Drugie takie zagłębie z surfowym rajem znajduje się po drugiej stronie zatoki, czyli od Queenscliff przez Barwon Heads aż po Great Ocean Road. Same krajobrazy są tu przecudowne, miejscami przypominają krajobraz Toskanii bez winnic (hm, o ile możecie sobie coś takiego wyobrazić), jest pięknie, co będzie widać na zdjęciach poniżej. Gorące Źródła mieliśmy zaklepane na 12.15, więc wcześniej trafiliśmy na krótki lunch nad ocean, w okolice latarni morskiej na Cape Schanck. Słońca było trochę, wiatru nieco więcej, więc po napstrykaniu kilku obowiązkowych fot ruszyliśmy dalej.
Sam wjazd na teren Hot Springs przypominał mi trochę niesławne darmowe campingi w Seaspray, pochowane w lekkim buszu ubite stanowiska parkingowe były bardzo naturalistyczne i niestety w większości już pozajmowane. Ruszyliśmy z gratami do głównego wejścia, które okazało się być wejściem dla tłuszczy (hm, tylko $30), a my tymczasem mieliśmy zarezerwowane miejsca bardziej elitarne, bo bez dzieci i z prywatną kąpielą, w osobnym pawilonie za bagatela $70 od łebka. Pomysł okazał się średnio trafiony, bo do naszej dyspozycji basenów było słownie 5 plus oczywiście owa luksusowa usługa kąpieli prywatnej, o której za chwilę. Całość była sypmatycznie osadzona w nadmorskiej roślinności, lekko waliło siarką, a baseniki były szczelnie wypełnione niewiastami o rubensowskich kształtach czytającymi plotkarskie tygodniki. Udało nam się znaleźć jeden basenik kompletnie pusty, jednak po wejściu szybko wyjaśniło się, dlaczego. M był w siódmym niebie, natomiast dla mnie temperatura +42C była praktycznie nie do wytrzymania. Zarówno moje biedne żyły jak i serducho zaczęły szalony taniec, więc prędko wycofałam się z tej atrakcji.... poszliśmy w górę założenia i okazało sie, że kolejne ścieżki prowadzące do wyżej położonych basenów są zagrodzone, a te na dole znów zajęte. M wbił się do sauny fińskiej, która była słabo nagrzana, ale za to puściutka. Ja z kolei poszybowałam do głównego baseniku z bąbelkami i temperaturą + 36C, która dla mnie była w sam raz.
O 13.15 zaczynała się nasza kąpiel prywatna, więc przeszliśmy do pokoju relaksacyjnego, w którym czekała na nas aromatyczna herbata i hinduska muzyka. Młody chłopak o aparycji ratownika basenowego zaprowadził nas do naszej zagrody, w której znajdował się zadaszony taras z dwoma leżakami i stolikiem z wodą cytrynową oraz basenik 2x2m o temperaturze +40C. Dla mnie znów za gorąco, ale okazało się, że z boku mamy całą serię zaworów i możemy temperaturę wyregulować, jak również przycisk bezpieczeństwa, gdybyśmy nagle oboje zasłabli. Sprytne. Chłopak obiecał zadzwonić za pół godziny w celu dyskretnego wywalenia nas z naszego luksusowego przybytku. Jak luksusowo to wszystko wyglądało, pokazują zdjęcia;) . no nic to, postanowiliśmy cieszyć się chwilą, a ja zaczęłam intensywnie walczyć z zaworami, by obniżyć temperaturę do błogosławionych 36C...Generalnie nic specjalnego i polecić tej usługi nie mogę ;)
Natomiast udało nam się też zapisać na zabiegi kosmetyczne, M - masaż całego ciała, ja - twarz. Wyszło całkiem sympatycznie, bo mieliśmy je robione równolegle w tym samym pokoju. Miłe panie wyjaśniły nam, na czym zabawa będzie polegać, następnie wyszły, więc mogliśmy przebrać się z mokrych kostiumów kąpielowych w coś przypominającego szpitalne trójkąciki przedoperacyjne. Zdjęcie M w tymże zostało oficjalnie i skutecznie wykasowane z mojego aparatu, więc nie ma szans na publikację:) Panie wróciły w spaliły w gabinecie jakieś wonne zioła, które miały teoretycznie zjednoczyć nas w tej duchowo - cielesnej ceremonii. Jako starzy cynicy trochę nie uwierzyliśmy w to zjednoczenie, ale było miło. W sumie pani nałożyła na moją twarz, szyję i deoklt 7 różnych kosmetyków, wykonała dogłębny masaż szyi i karku oraz całej twarzy, oczyściła, wzmocniła i namaściła, a w czasie trwania najdłuższej maseczki dodatkowo wymasowała mi obie stopy (ooo cudowna!), nie mogę więc narzekać. M jednak stwierdził, że masaż tajski był zdecydowanie bardziej dla niego, ten olejkowy za miękki. No cóż, następnym razem.
Zrelaksowani i wygłodzeni opuściliśmy gorące źródła, oczywiście okazało się, że mimo wykupienia karnetu na cały dzień, nie możemy wrócić po południu... typowe. Panie masażystki poleciły nam też kosmetyki z ich sklepiku, najmniejsza tubka 30ml kosztowała ponad $50. Dodatkowo okazało się, że mimo wykupienia dość drogiego pakietu, nie możemy swobodnie zwiedzić całegoo środka i jeżeli chcemy wejść do tańszej części dla tłuszczy z dziećmi, będzie nas to kosztowało kolejne $30. Podsumowując, jest to niezły model biznesowy i chętnych na pewno wielu, ale trzeba bardzo dobrze przeanalizować ofertę i nie dać się wciągnąć w dodatkowe koszty, bo można wydać fortunę na coś, co w sumie jest dosyć przeciętną, niezbyt luksusową usługą.
Na obiad trafiliśmy do Sorrento, w małej przytulnej włoskiej knajpie załadowaliśmy po przepysznym steku, a potem obejrzeliśmy zachód słońca w Portsea. Było to bardzo romantyczne podsumowanie pięknego dnia, dziękuję M!
typowy krajobraz Mornington Peninsula
lunch pod latarnią
kawałek luksusowej baseniarni z chatką sauny fińskiej w tle
a to już nasza kąpiel prywatna
i seria zaworów w naszym baseniku, w tle - płot niczym z zagrody dla kóz
zestaw kosmetyków, które wchłonęła moja twarz w ramach 45minutowego zabiegu
a to już wszystkie mikroelementy, które nas tego dnia zaatakowały
i jeszcze ogólny widok na część dla tłuszczy - myślę, że tam mogło być całkiem ciekawie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)