Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2012

OHM 2012, Harry Seidler dla Shella

Dziś już chyba ostatni wpis w ramach Open House Melbourne, w mieście budzi się wiosna i czas na radośniejsze wpisy i relacje z innych miejskich wydarzeń, jak chociażby Międzynarodowy Festiwal Filmowy, na którym Polska była reprezentowana jednym shortem spośród ponad 400 filmów, a szkoda.

Mowa będzie o biurowcu zaprojektowanym przez Harrego Seidlera dla firmy Shell w latach 1985-89, popularnie zwanym kiedyś Shell House, dziś przemianowanym na 1 Spring Street. O Harrym pisałam wcześniej w ramach zwiedzania w Sydney domu, który zaprojektował dla swojej matki i który stał się ikoną modernizmu australijskiego (Rose Seidler House). Sam biurowiec mieści się na bardzo wyeksponowanym miejskim narożniku, właściwie działa jak flanka dla całego CBD, strzegąc zespołu wysokich budynków w centrum przed drzewami z Fitzroy Gardens i koleją, która z południowych i wschodnich dzielnic tutaj podjeżdża pod FedSquare.

Harry Seidler pochodził z dobrej żydowskiej wiedeńskiej rodziny, z którą uciekał przed nazistami w 1938 roku, najpierw do UK, potem internowany i przeniesiony do Kanady, kilka lat studiował w Stanach pod okiem Waltera Gropiusa, Alvara Aalto, Oscara Niemeyera, by wymienić tylko kilku. W Australii wylądował w okolicach 1948 roku, by w pierwszej kolejności zaprojektować właśnie dom dla mamy Rose. W sumie Harry jest autorem 180 budynków i to nie tylko w Australii, ale tak egzotycznych miejscach jak Meksyk czy HongKong. O ile dom dla Rose jest przykładem małego budynku-ikony, gdzie każdy detal jest dopracowany z wielką starannością, a całość bryłowo ma po prostu genialne proporcje, o tyle późniejsze realizacje Seidlera są już drapaczami chmur, realizacjami dla największych świtowych korporacji.

I właśnie przykładem takiej późnej realizacji jest budynek dla Shella, sam w kształcie muszelki, co wydaje mi się lekko postmodernistycznym pomysłem, ale w sumie nie do odczytania z poziomu ulicy, można to odkryć jedynie posługując się google maps. Dzięki temu budynek zyskał dużo miękkości i dobrą ekspozycję wnętrz na naturalne światło. Nie jest bowiem wypełnieniem działki kubaturą po bandzie, ale zaprojektowanym z głową budynkiem, który ma swoje przedpole z ekspresyjną rzeźbą, a nawet mały schowany ogródek od strony Flinders Street. Dzięki przewężeniu wewnątrz uzyskujemy unikalną w takich budynkach przestrzeń szerokości około 10m, w której można popatrzeć i na południe w stronę morza i na północ w kierunku CBD. Widoki z 23 piętra były powalające. Sam hol wejściowy jest także ciekawy, półokrągły, wysokości dobrych 3 standardowych kondygnacji z ogromnym ściennym panneau na półokrągłej płaszczyźnie, który mnie osobiście nie przypadł do gustu. Za to prawdopodobnie świetnie oddaje tendencje w sztuce roku 1989. Zresztą sami oceńcie na zdjęciach.

pogoda nie była zbyt łaskawa ale tak wygląda rzeźba przed wejściem i fasada samego Shella
kolorowe panneau nie starzeje się z godnością,
poniżej ściana holu windowego z trawertynu
 falująca fasada frontowa
widok w kierunku Fitzroy Gardens, po lewej Old Treasury House J.J. Clarcka
kolejki z dzielnic południowo-wschodnich, niebieskie to korty Australian Open, biała poduszka z tyłu to stadion AAMI.
w kierunku morza, na pierwszym planie rzeka Yarra z klubowymi uniwersyteckimi kajakarniami
 rzut okiem w kierunku CBD czyli Central Business District
główne wejście do Shella, starzeje się trochę słabo

wtorek, 7 sierpnia 2012

OHM 2012, Lyons

Dziś mega architektonicznie ale i kontrowersyjnie, będę pisać o biurze Lyons, które miałam przyjemność odwiedzić w OHM-ową sobotę. Samo biuro położone w bardzo centralnym punkcie miasta, blisko skrzyżowania Swanston z Bourke Street, tu najwięcej się dzieje i będąc w Melbourne na pewno tu traficie.

Samo hol windowy był opatrzony ciekawym detalem, którego zdjęcie poniżej. Biuro zajmuje całe 2 piętro i utrzymane jest w klimacie loftowo surowym. Podłogi nie wykończone, w większości betonowe, polerowane, część zarzucona wykładziną dywanową z przetworzonych materiałów. Sufity odkryte, więc wszystkie instalacje dumnie wyeksponowane. Słupy konstrukcyjne odarte z poprzedniej dekoracji prawie prezentują zbrojenie, nieliczne podziały zaaranżowane ze sklejki budowlanej, kontenerowo i wstrzemięźliwie. Projekt wnętrz zresztą nie robili sami Lyonsi, ale firma zewnętrzna... doszli do wniosku, że nie byliby w stanie pogodzić odmiennych pomysłów. Gdzie kucharek sześć...

Biuro Lyons założone zostało przez trzech braci  i zatrudnia około 80 architektów. Nawet jak na Melbourne jest to niezłe monstrum. Nas oprowadzał Adam, który okazał się być Polakiem wyemigrowanym z Warszawy w wieku lat 6. Trochę jeszcze mówił po polsku, ale po akcencie absolutnie nie byłabym w stanie odgadnąć jego pochodzenia. Adam twierdził, że studio zatrudnia około 40% kobiet, ale z filmików o ich eksperymentalnych działaniach i pracy biura powiedziałabym, że bliżej 10%. No cóż, 3 dyrektorów i 7 pryncypałów to mężczyźni, wśród Associates 4 facetów i 1 kobieta!

Co do architektury Lyonsów mam mieszane uczucia. Przeważają dynamiczne formy budowane na trójkącie, fasady krzyczą swoją geometrią i kolorami, wszystko jest wielkie i agresywne. Zresztą sami zobaczcie tutaj: http://www.lyonsarch.com.au/. My mieliśmy okazję dotknąć 4 modeli z najnowszych realizacji firmy i muszę przyznać, że ostatni budynek dla RMIT jest dla mnie po prostu przerażający. Zresztą już oddany do użytkowania na końcu Swanston Street, 6 miesięcy przed czasem! Tam też przeraża, tyle że w skali 1:1... Makieta poniżej.

 przyjemna struktura w holu windowym
 Adam, nasz przewodnik, z tyłu sklejkowe kubiki z salkami konferencyjnymi
 przy wejściu ekotrendy parking rowerowy
makieta skrzyżowania Bourke ze Swanston - w budynku z największą ilością detalu na dachu znajduje się biuro Lyons
 stół próbkowy jak w każdym większym biurze
 konstrukcja odarta z historycznych dekoracji
 w tym kubiku siedzi jeden z szefów
makieta ostatniego przestępstwa czyli budynku RMIT
dwie inne makiery prezentowane w sali konferencyjnej

niedziela, 5 sierpnia 2012

OHM 2012, Capitol

Wracamy do architektury i czwartego budynku, który udało mi się zwiedzić w zeszłą sobotę. Tym razem będzie o klasyce gatunku, czyli zaprojektowanym w 1924 roku przez Waltera Burleya Griffina i jego żonę Marion Mahony Griffin Capitol Theater. Budynek należy do RMIT, czyli melbourniańskiego głównego uniwersytetu technicznego, o którym pisałam wcześniej. Znajduje się na 113 Swanston Street i nieuważny turysta może go spokojnie ominąć w szeregu kolorowych sklepów z australijskimi pamiątkami, chińskim produktem i knajpkami z całego świata. Jak opisywała to Marion w roku oddania do użytku, miał być nowym kulturalnym sercem miasta i był, aż do 1964 roku, kiedy dzięki coraz szerszemu dostępowi do telewizji, podupadł na równi z innymi scenami kinowymi, teatralnymi i widowiskowymi. Niemniej do dziś wzbudza spore emocje, a Robin Boyd nazwał go najlepszym kinem, jakie kiedykolwiek zbudowano i prawdopodobnie jakie kiedykolwiej da się zbudować.

Oboje Griffinowie wywodzili się ze Stanów, jako młodzi architekci praktykowali u Franka Lloyda Wrighta, którego Walter był prawą ręką. W czasie pobytu Wrighta w Japonii prowadził jego biuro, po powrocie popadli w konflikt i opuścił mistrza, by założyć własne studio. Gdy w 1911 roku Griffinowie wygrali międzynarodowy konkurs na projekt Canberry, Frank już nigdy nie zamienił z nimi słowa, wypowiadał się wyłącznie niepochlebnie i do końca nazywał Waltera swoim byłym kreślarzem.

Charakterystyczną i wprawiającą w osłupienie / zachwyt / zdziwienie cechą sali teatru jest niesamowite sklepienie i wykończenie ścian w przedniej części sali - rozrzeźbienie po prostu powala na kolana i długo pozostaje w pamięci. To co w garażowej wersji sali koncertowej czynią foremki do jajek, tu zostało doprowadzone do perfekcji i zaprojektowane w najmniejszym detalu jako rytm wystających ze ścian trochę agresywnych form, mnie osobiście przypominających lisie pyszczki. Górą z kolei odwórcone do góry nogami prostokątne audytorium, przerywane znowu ornamentalnymi lecz geometrycznymi formami. Nie ma się co rozpisywać, trzeba to pokazać na zdjęciach ;)

Z ciekawostek: prowadzona jest rewitalizacja obiektu za sumę $2.200.000. Prace projektowe wykonane przez Six Degrees Architects mają na celu usunięcie naleciałości popełnionych w 1960 roku, podświetlenie niesamowitego sufitu i poprawienie bezpieczeństwa użytkowania sali przez 600 osobową widownię.

 zdjęcie wysłane na konkurs
 i drugie z czynnikiem ludzkim
 tak prezentuje się przód teatru
 fotele lekko omszałe
 małe zbliżenie na bok

czwartek, 2 sierpnia 2012

OHM 2012, The Royal Children's Hospital

Jak już przyjęłam tryb niechronologiczny, to dziś będzie o sobotnim farcie. Pisałam wcześniej o tym, że wiele miejsc było na tyle popularnych, że ustawiały się pod nimi długie kolejki, a do części były wydawane numerki. Zwiedzanie rozpoczynało się o 10, a kończyło o 16. W zeszłym roku na przykład do Gotyckiego Banku ANZ nie zdążyłam, bo ostatnie osoby zostały wpuszczone o 15.40 i nie było szans na wciśnięcie się w ostatnią turę. Tegoroczna sobota to mój rekord zwiedzania, bo w sumie mówiąc brzydko "zaliczyłam" 7 budynków, z tego 3 z kolegą fotografem.

Do Szpitala Dziecięcego dojechaliśmy za 5 czwarta i cudem wkręciliśmy się do ostatniej tury wycieczki, ludzie przekazywali prowadzącej pani doktor jakieś numerki, a my załapaliśmy się zupełnie nielegalnie! Wycieczka była długa i zajmująca i trwała do 16.40. Najpierw oglądaliśmy ogromny hol o nieregularnym kształcie i 3 nogach prowadzących do skrzydeł szpitala. Centralnym punktem jest ogromne akwarium w kształcie tubusa ze sztuczną rafą koralową i egzotycznymi kolorowymi rybami. Tubus ma 7.80m długości, około 5m średnicy, łączy kondygnację przyjęć ratunkowych i główny poziom recepcyjny szpitala. Codziennie rafę koralową czyści nurek, a 2 rekiny są karmione co drugi dzień. Pod akwarium na obu poziomach szyby przeważnie oblepione zachwyconymi małymi pacjentami. I nie ma się co dziwić i ja sama jestem zachwycona pomysłem, by szpital wypełnić przestrzeniami i obiektami przyjaznymi dla małego pacjenta, by nie było tylko traumy poszpitalnej, ale też mała przygoda.

W głównym atrialnym holu znajdują się też wielkoprzestrzenne kolorowe rzeźby i podwieszone mobilne instalacje, całość mocno działa na wyobraźnię. W korytarzach przyjemne duże grafiki, jest kino wypełnione kolorowymi pufami, duże przestrzenie zabaw w środku i na dziedzińcach pomiędzy szpitalnymi skrzydłami. W jedym miejscu ogromny wybieg dla surykatek, 23 sztuki są codziennie karmione i doglądane przez pracownika ZOO, a te zabawne zwierzątka nawet w deszczu wyglądały cudnie. Sam szpital ma bodajże 6 kondygnacji naziemnych, z czego każda po 1-2 oddziały, każde piętro ma inną nazwę począwszy od Dna Oceanów, przez Plażę, Ziemię, Las, Wierzchołki Drzew, Wierzchołki Gór aż po Niebo. Z kolei oddziały mają nazwy wzięte od australijskich zwierząt typowo występujących w danym środowisku: Koala, Delfin, Motyl, Kookaburra, Dziobak itd. Może to ułatwia orientację przestrzenną w tym ogromnym gmachu, a może też pozwala na chwile zapomnieć, gdzie jesteśmy.

Szpital został otwarty przez samą Elżbietę II w październiku 2011 roku i muszę powiedzieć, że anglosaskie przywiązanie do monarchii jest tu zaznaczone co najmniej w dwóch miejscach: przy głównym wejściu coś w rodzaju emblematu na cześć Królowej, a w głebi w jednym z holi na parterze obwarowane muzealnymi barierkami krzesło, na którym siedziała Ela i księga, w której się była podpisała. Górą na monitorku nieustannie leci relacja z otwarcia budynku przez wiekową panią w intensywnie różowej garsonce... Sam obiekt został zaprojektowany przez duże miejscowe biura: Billard Leece, Bates Smart i HKS i wygrał już wiele nagród w konkursach na najlepsze wnętrza publiczne, Złoty Medal Victorii i takie tam. Więcej zdjęć ze szpitala, w szczególności z sal pacjentów i operacyjnych, do których nie byliśmy wpuszczeni, możecie obejrzeć tutaj: http://www.newrch.vic.gov.au/Photogallery

Podoba mi się, że aż tyle myśli się o psychologii małego pacjenta, jak również o komforcie psychicznym jego rodziców, którzy być może przeżywają tu najgorszy stres w swoim życiu. Przeprowadzono nas przez piękne sale dla rodziców czekających tu nocami lub dniami w czasie operacji, małą kawiarnię dla nich, centrum internetowe, w końcu skierowaną na łagodny pagórkowaty obszar salkę, gdzie mogą odpocząć i uwolnić myśli. Podoba mi się takie całościowe podejście do tematu i to, że w kraju tak miejscami zacofanym rząd robi z pieniędzmi to, co powinien. Takie miejsca świadczą bowiem o rozwoju cywilizacyjnym i humanitarnym podejściu do swoich obywateli. Hm, jak chorować to tylko tu...

A oto moje zdjęcia z tego niesamowitego miejsca, wybudowanego za banalną kwotę 1 miliarda dolarów.

 dół akwarium i zapatrzony pacjent
główny hol łączy wszystkie kondygnacje i nie wymaga klimatyzacji dzięki zastosowanym rozwiązaniom wentylacji dachu
największa akwariowa ryba masą przerastała rekinki, w tle główna obła biała recepcja szpitala
 mokra surykatka nawet milsza niż ta wygrzewająca się w słońcu
 typowy gabinet
 malowidła na ścianach całkiem sypmatyczne
 dobre oznakowanie poszczególnych poziomów
 kącik Królowej
mini dziedziniec przy kaplicy multiwyznaniowej, koło niej oddzielne pokoiki dla wyznawców Allacha, niestety nikt nie odpowiedział mi na pytanie czy zwrócone ku Mekce ;)
pufy w kinie wzbudziły największe zainteresowanie 2 chłopców, którzy zwiedzali w naszej grupie
 dziedziniec - plac zabaw

środa, 1 sierpnia 2012

OHM 2012, szkoła w Essendon

Dziś na prośbę wiernej czytelniczki z Polski (całuski Mamo!) zarzucam chronologię i przejdę do ostatniego obiektu, który zwiedziłam w ramach Open House Melbourne. Nie było łatwo tam dotrzeć, tramwajem nr 59 przewlokłam się spod stacji Flinders (nr 1) do Essendon (nr40). Zajęło mi to jakieś 40 minut, ale szczęśliwie po szybkim rozejrzeniu się wypatrzyłam charakterystyczną fasadę szkoły i pobiegłam w jej kierunku. Załapałam się na przedostatnią turę wycieczki w tym dniu, a więc po raz kolejny więcej szczęścia niż rozumu, ale do tego wątku wrócę w kolejnych wpisach...

Prywatna szkoła podstawowa dla chłopców w Essendon, zaprojektowana przez McBride Charles Ryan, została oddana do użytku w 2011 roku. Zafrapowała mnie frontowa fasada z ciemnego klinkieru, przypominająca ni to zamek ni to chatkę baby Jagi, ciekawa byłam co się za nią kryje...Budynek jest interesujący, ale sama bym czego takiego nie popełniła - od drugiej strony jest po prostu brzydki. Ale po kolei:
  • układ funkcjonalny prosty, sale ułożone liniowo wzdłuż korytarzy, 4 oddziały na górze, chyba 3 na dole. Każde dwa mają wspólną małą salkę do spotkań z uczniami, którzy radzą sobie gorzej. Na każde 2 oddziały przypada 30 laptopów chowanych do zamykanych szafeczek z ładowaniem baterii. 
  • detale kiepskie, ściany pękające już w rok po oddaniu do użytku
  • ładna gra świateł w górnej kondygnacji z liniowymi doświetleniami od północy 
  • kolorystyka wątpliwa - klasy dla maluchów są w tonacji krwiście czerwonej i intensywnie zielonej. Jeżeli dziecko ma ADHD to dostanie tu świra.... górne sale już lżejsze - niebiesko - granatowo - białe.
  • jak to w Australii - twórczość dzieci kwitnie, z sufitu zwisają obrazki, twory z papier mache, makiety, zabawki, książeczki, ciekawie
  • tabliczka mnożenia do 12, o dwa numerki lepiej niż w Polsce! za to alfabet mają prostszy...
  • szatnia jest przy salach, także dzieci mają obszerne szafeczki ze swoimi nazwiskami na plecaki, ubrania, stroje sportowe i dodatkowy sprzęt
  • w każdej sali apteczka pierwszej pomocy
  • stoliki rozstawione różnie, w podkowę, w grupy po 8, w grupy po 4, każdy z podpiętą dosyć obszerną szufladką na przybory do pisania, rysowania i malowania
  • na dole do stolików przyklejony alfabet i tabliczka mnożenia
  • sale wyposażone w rzutniki multimedialne
  • lunche chyba dzieci jedzą w salach, nie było tzw stołówki ani kuchni
  • szwankująca klimatyzacja - górne sale +25C, dolne +18C, połowa energii idzie na chłodzenie / grzanie, a gdzie energia na pracę umysłową?
  • na dole wspólne miejsce spotkań z małym amfiteatrem, tu można oglądac filmy i robić większe zbiórki
Oczywiście wszystkiemu towarzyszą duże przestrzenie sportowe. Jakbym miała podsumować... doskonały przykład australijskiej fasadowości i kilka przyjemnych gier świetlnych wewnątrz, reszta raczej słabo...
A teraz fotograficzne potwierdzenie:

fasada uliczna - czy ta czarna złowroga chatka będzie się chłopcom kojarzyła z beztroskim dzieciństwem?
 klinkier z bliska
 nieco opresyjne ujęcie
 elewacja wejściowa - mnie powaliła...
 ciekawie - nad główną klatką schodową
 korytarz na pierwszym piętrze
falujące sufity nad klasami pierwszego piętra, temperatura w klasach około +25C
 za tą bułą znajduje się klatka ewakuacyjna
wyoblenie wykładziny jako konsekwencja falującej stylistyki - niestety bardzo słaby detal przy spotkaniu ze ścianą prostą z cokołem... górą przy świetliku pękające ściany
 rozkład jazdy
 szafeczki na parterze, dolne sale - temperatura +18C
 czerwono i zielono....
 dolne klasy z bezpośrednim wyjściem na podwórko
dolny korytarz półotwarty, nie najgorszy

wtorek, 31 lipca 2012

OHM 2012, Urban Workshop

Open House Melbourne 2012 oficjalnie zakończone, w tym roku pogoda nie dopisała prawie wcale, za to kolejki jak najbardziej... w niektórych miejscach trzeba było czekać na wejście kilka godzin, na szczęście były praktyczne numerki z ustaloną godziną wejścia. Mnie udało się odwiedzić 9 różnych budynków, z czego pierwszego dnia aż 7, a drugiego z racji dodatkowych obowiązków towarzyskich tylko dwa.

Na pierwszy ogień poszedł biurowiec Urban Workshop, zaprojektowany przez Johna Wardle i studio Hassel w 2006 roku, więcej na temat budynku możecie poczytać sobie tu: http://architectureau.com/articles/the-urban-workshop/. Dla mnie było to kolejne spotkanie z Johnem Wardle, którego architekturę bardzo cenię i podziwiam. Przede wszystkim za piękne, niecodzienne w Australii, operowanie detalem, za użycie drewna i naturalnych materiałów, za kontekstualność, za myślenie bryłą i wszystkimi elewacjami łącznie z dachem, a nie jedynie fasadą frontową.

Nie obyło się bez małego konfliktu z panią z obsługi OHM, bowiem zakazane było fotografowanie na poziomie parteru. Oczywiście ze względów bezpieczeństwa i chodziło głównie o strefę recepcji, bramek i wind. Tymczasem przy wejściu znajduje się kawiarnia z ciekawą drewnianą strukturą zaprojektowaną przez biuro Wardle. Ja i jeszcze jeden pan nie mogliśmy się powstrzymac od focenia tejże strefy. Pani była wściekła, mimo milczącej zgody pana z ochrony, a przed moim wyjściem z budynku kazała sobie pokazać wszystkie wykonane w budynku zdjęcia i objechała mnie jeszcze raz. Niewiele sobie z tego zrobiłam, bo dokumentacja była dla mnie ważniejsza i ten mały konflikt nie zepsuł mi nastroju.

Szkoda, że ten zakaz w ogóle był, bo sam budynek stoi w miejscu uliczki w dystrykcie czerwonych latarń i przed budową były prowadzone szeroko zakrojone badania archeologiczne. Wydobyto dużo sprzętów gospodarstwa domowego, porcelanę, dziecięce zabawki a nawet szczoteczki do zębów. Wszystko ładnie wyeksponowano w szklanych gablotach, pokazano zdjęcia i resztki skorup, a zdjęć robić nie można!

Ale dla Polaka nic trudnego, czego dowody poniżej :)

 bury poranek, 10 rano ...
 w środku cieplej i przyjemniej
 cały czas nie wiem o co chodzi z tymi nazwiskami...
ostrygi: kiedyś jedzenie biedoty sprzedawane z beczek na ulicy, dziś... ąę
 widok z 33 piętra wart uwiecznienia
 bure miasto 1
bure miasto 2