Wczoraj znowu udało mi się odwiedzić nietrawiaste korty Melbourne, tym razem z okazji trzeciej rundy debla, w której brała udział Agnieszka R i Daniela H. Udało mi się wyrwać z pracy na początku pierwszego seta i przy stanie 4:4 i lekkiej zadyszce wpadłam na właściwy kort nr 2. Szczęśliwie usiadłam koło dówch rodaków już w Australii zakorzenionych i jednego przybyłego tutaj jedynie w celu obejrzenie AO i krótkiego zwiedzenia tego pięknego kontynentu. Wkrótce wymieniliśmy się farbkami do twarzy, imionami i pokrótkim opisem kto co robi i jak długo jest w Australii i zaczęliśmy obserwować grę.
Dziewczyny grały trochę słabo, popełniały dużo błędów, a Włoszki były naprawdę niezłe i chyba lepiej się komunikowały. Podejrzewam też, ze Aga trochę oszczędzała siły przed dzisiejszym ćwierćfinałem z Azarenką, a i tak udo już ma obandażowane, więc chyba nie jest tak, że wszystko gra i buczy, tylko jakieś tam lekkie kontuzje już zaliczyła. Także po dwóch setach mecz się skończył i nasza główna krajowa tenisistka może się skoncentrować na singlu... a szczęśliwe Włoszki przy aplauzie trzech kibiców z kraju zeszły z boiska. Aga była chyba jednak trochę wściekła, bo nie zostawiła nawet jednego autografu, a łowców było sporo.
Tymczasem widownia się zagęściła, bo oto miał się odbyć mecz legend czyli emeytowanych tenisistek, także debel. Zostaliśmy na naszych dobrych pozycjach, bo miała grać Martina Hingis, do której mam spory sentyment i uważam, że była jedną z bardziej inteligentnych i kobiecych tenisistek ubiegłej dekady. Nie zawiedliśmy się, dziewczyny grały fanie, z dużą dozą poczucia humoru i bez tego napięcia, który towarzyszy rozgrywkom regularnym, gdzie stawką jest eliminacja z turnieju. Było kilka śmiesznych momentów, a uśmiechy nie znikały z twarzy Martiny i jej partnerki. Dziewczyny wygrały w dwóch setach mimo niesprzyjającego zachodzącego słońca z boku. No i najważniejsze - na mojej białej czapeczce do biegania widnieje autograf Martiny!!!
Wieczorkiem przenieśliśmy się na murawę z barami, by na jednym ze sporych ekranów oglądać pojedynek Lisicki-Szarapowa. Szarapowa wygrała, choć musiała się mocno napocić, a szkoda, bo w przeciwnym wypadku mielibyśmy w ćwierćfinałach aż trzy polskie nazwiska!
A teraz kilka fotek i trzymanie kciuków za Agnieszkę - dziś około 12.30 na Rod Laver Arena - już tylko wirtualnie!
Agnieszka z Danielą
małe nieporozumienie z sędzią
skupiona Włoszka
kibic polsko-australijski
przerobienie flagi polskiej na szwajcarską okazało się bardzo proste ;)))
trybuna wschodnia - dla amatorów raka skóry i porażenia słonecznego
Martina Hingis w dobrej formie, mimo, że emerytka (rocznik 1980...)
chwile satysfakcji z udanej piłki
krótki wywiad na koniec
i leżakowanie na trawie z drineczkiem w ręku - ulubiona rozrywka nie tylko miejscowych
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
Australian Open i Agnieszka Radwańska
Nasz drugi pełny rok w Australii zaczął się nie najgorzej, bo od Australian Open 2012;) Udało mi się umówić z moimi miejscowymi polskimi koleżankami i razem wybrałyśmy się na mecz Agnieszki Radwańskiej - w ubiegłą środę grała drugą rundę eliminacji kobiet. Szczęśliwie dla nas wszystko wskazywało na to, że mecz zacznie się w okolicach 17, a więc przy lekko wcześniejszym opuszczeniu warsztatu, można było zawinąć na korty o czasie i jeszcze strzelić piwko przed. Jakoś się złapałyśmy i śledząc wyniki meczu przed Agnieszką czekałyśmy na odpowiedni moment, by przebić się na właściwy Margaret Court, czyli największy kort widowiskowy z tych otwartych, dostępnych na tzw. ground passy. Tego dnia kosztowało nas to jakieś $22, a więc tyle co bilet kinowy. W kolejce do wejścia ustawiłyśmy się w trakcie 4 seta między Johnem Isnerem z USA a Davidem Nalbandianem z Argentyny. Spotkałyśmy znajomych Polaków, którzy stali lekko przed nami, a wkrótce znależli się w środku. Tymczasem panowie skończyli 4 seta i przy stanie 2:2 przeszli do piątego... przed nami było jeszcze długie czekanie!
Ania postanowiła zadzwonić do Taty do Polski i pokazać mu jak pięknie się prezentujemy z flagami wymalowanymi na policzkach, z czapkami z orzełkiem i szalikami z motywami narodowymi. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy Tata Ani powiedział nam, że Radwańska już gra i to na zupełnie innym korcie!!! Oczywiście informacja żadna się nie pojawiła, a organizatorzy z powodu przeciągającego się singla panów przestawili panie na zupełnie mniej atrakcyjny korcik boczny nr 6. Pędem odszukałyśmy tablicę z planem całego AO i właściwy kort i wpadłyśmy jakoś w okolicach trzeciego gema. O dziwo, ludzi było już sporo, w tym przed nami bardzo głośna grupa kibiców z wymalowanymi twarzami i w czapkach szalonego kapelusznika w barwach jak najbardziej narodowych. Panowie zachowywali się bardzo głośno w czasie przerw między gemami, wołając z lekkim akcentem: Agnieszka dawaj! lub Jeszcze jeden! Między sobą tymczasem rozmawiali już po angielsku, wywnioskowałyśmy więc, że są imigracją drugiej generacji, która coś tam jeszcze czasem powie, czy zaśpiewa, ale pogadać już nie pogada...
Radwańska grała z niezbyt wielkim zaangażowaniem, rywalka była znacznie słabsza i specjalnie nie musiała się starać, by wygrac w dwóch setach 6:3, 6:1. Fetowaniu nie było końca, panowie przed nami zaintonowali Sto Lat, więc ochoczo dołączyłyśmy, potem była piosenka: If you Polish and you know it, clap your hands... i jeszcze coś na melodię White Stripes, no jazda bez trzymanki. Potem oczywiście pamiątkowe zdjęcia z Agnieszką i do domu! Tymczasem na Margaret Court wciąż trwał pojedynek między panami, a stan w ostatnim piątym secie wynosił 8:8...
W piątek Aga bezboleśnie przeszła trzecią rundę, a jutro po 12 ma grać z Największym Biustem AO o ćwierćfinał. Jeszcze nie wiem czy się wybiorę, plany nam się dopiero krystalizują, ale być może zobaczycie mnie w przekazie tele. Kibice "Generacja 2" znaleźli się na przykład na zdjęciach w Wyborczej po piątkowym meczu, chyba będą stałym elementem występów Agi w Ozzi Landzie. A teraz kilka fotek moich.
spotkanie polonijne w kolejce do... niewłaściwego kortu
ha, sukces, jesteśmy na meczu Agi!
grupa Generacja 2 przed nami
i niewielka grupka znajomych naprzeciwko
wiwat Generacji 2 na widok ziomala Andrzeja, który się spóźnił
gotowość i skupienie
odbicia
i serwisy
dynamiczne akcje
i szczęście na koniec, trzymamy kciuki za następne mecze!
Ania postanowiła zadzwonić do Taty do Polski i pokazać mu jak pięknie się prezentujemy z flagami wymalowanymi na policzkach, z czapkami z orzełkiem i szalikami z motywami narodowymi. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy Tata Ani powiedział nam, że Radwańska już gra i to na zupełnie innym korcie!!! Oczywiście informacja żadna się nie pojawiła, a organizatorzy z powodu przeciągającego się singla panów przestawili panie na zupełnie mniej atrakcyjny korcik boczny nr 6. Pędem odszukałyśmy tablicę z planem całego AO i właściwy kort i wpadłyśmy jakoś w okolicach trzeciego gema. O dziwo, ludzi było już sporo, w tym przed nami bardzo głośna grupa kibiców z wymalowanymi twarzami i w czapkach szalonego kapelusznika w barwach jak najbardziej narodowych. Panowie zachowywali się bardzo głośno w czasie przerw między gemami, wołając z lekkim akcentem: Agnieszka dawaj! lub Jeszcze jeden! Między sobą tymczasem rozmawiali już po angielsku, wywnioskowałyśmy więc, że są imigracją drugiej generacji, która coś tam jeszcze czasem powie, czy zaśpiewa, ale pogadać już nie pogada...
Radwańska grała z niezbyt wielkim zaangażowaniem, rywalka była znacznie słabsza i specjalnie nie musiała się starać, by wygrac w dwóch setach 6:3, 6:1. Fetowaniu nie było końca, panowie przed nami zaintonowali Sto Lat, więc ochoczo dołączyłyśmy, potem była piosenka: If you Polish and you know it, clap your hands... i jeszcze coś na melodię White Stripes, no jazda bez trzymanki. Potem oczywiście pamiątkowe zdjęcia z Agnieszką i do domu! Tymczasem na Margaret Court wciąż trwał pojedynek między panami, a stan w ostatnim piątym secie wynosił 8:8...
W piątek Aga bezboleśnie przeszła trzecią rundę, a jutro po 12 ma grać z Największym Biustem AO o ćwierćfinał. Jeszcze nie wiem czy się wybiorę, plany nam się dopiero krystalizują, ale być może zobaczycie mnie w przekazie tele. Kibice "Generacja 2" znaleźli się na przykład na zdjęciach w Wyborczej po piątkowym meczu, chyba będą stałym elementem występów Agi w Ozzi Landzie. A teraz kilka fotek moich.
spotkanie polonijne w kolejce do... niewłaściwego kortu
ha, sukces, jesteśmy na meczu Agi!
grupa Generacja 2 przed nami
i niewielka grupka znajomych naprzeciwko
wiwat Generacji 2 na widok ziomala Andrzeja, który się spóźnił
gotowość i skupienie
odbicia
i serwisy
dynamiczne akcje
i szczęście na koniec, trzymamy kciuki za następne mecze!
sobota, 26 marca 2011
Melbourne, Grand Prix
W środę rano obudziło nas coś na kształt brzęczenia trzmiela, początkowo ciche, intrygujące, potem coraz bardziej natarczywe, dokuczliwe, nie mające końca. Zaczynało się przeważnie o 7.30 rano, kończyło wraz ze zmierzchem. I tak do dziś i trwa i brzęczy. Skojarzenia z pięknym utworem Rimskiego-Korsakowa względnie szybko zamieniły mi się w poczucie siedzenia w poczekalni u dentysty, który zajmuje się głównie borowaniem na wysokich tonach. Spytacie się, o co chodzi? No cóż, Formuła 1 zagościła w mieście!
Moja praca od toru, czyli szerokiej ulicy otaczającej jezioro w Albert Parku, znajduje się w odległości 2km. Nasze mieszkanie 2.5km. Znajomypracuje dalej, bo jakieś 5km od źródła brzęczenia. I wszędzie słychać, wszędzie to samo, czasem tylko ciszej lub głośniej. Wczoraj odwiedziliśmy Izę i Darasa, żeby pooglądać zawody, a raczej eliminacje do nich. Z mieszkania na wysokim piętrze tuż przy parku było widać pędzące bolidy Formuły 1, potem w przerwie wyścigi tzw vipów w porche carrera, potem inne atrakcje, dalej związane z nieznośnym hałasem, pokazy ewolucji helikopterów i tym podobne. Dziś tuż przed zawodami nad ich domem ma przelatywać jumbo linii Quantas w ramach akcji promocyjnej głównego sponsora zawodów. To już nie rozrywka, to prawdziwa wojna decybelowa!
My zawody główne postanowiliśmy olać, bo po pierwsze bilety drogie jak pierun, po drugie Kubica niestety nie startuje, więc nasze kibicowanie musielibyśmy przenieść na niewiadomokogo. Dla zaiteresowanych bilet na murawę to 100 dolarów, na trybuny 400... chyba wolę wydać ponad tysiąc złotych na jakiś bardziej praktyczny cel;)
A teraz kilka fotek z wczoraj, kiedy czujnym okiem reporterskim łapałam klimaty zawodów... Jutro nastanie błogosławiona cisza, czyli zwykły miejski hałas!
za tymi drzewami już park, czyli trybuny i meta wyścigu
zbliżenie na trybuny, miejscówka 400 dolarów - podobno
tyle byliśmy w stanie zobaczyć z naszej lunchowej loży wipów
tłum po eliminacjach
panowie po 40 z lekkimi brzuszkami, którzy nie wyrośli z resoraków - to trafny opis przeciętnego kibica
obrandowanie obowiązkowe
a na koniec romantyczny zachód słońca nad stocznią
Moja praca od toru, czyli szerokiej ulicy otaczającej jezioro w Albert Parku, znajduje się w odległości 2km. Nasze mieszkanie 2.5km. Znajomypracuje dalej, bo jakieś 5km od źródła brzęczenia. I wszędzie słychać, wszędzie to samo, czasem tylko ciszej lub głośniej. Wczoraj odwiedziliśmy Izę i Darasa, żeby pooglądać zawody, a raczej eliminacje do nich. Z mieszkania na wysokim piętrze tuż przy parku było widać pędzące bolidy Formuły 1, potem w przerwie wyścigi tzw vipów w porche carrera, potem inne atrakcje, dalej związane z nieznośnym hałasem, pokazy ewolucji helikopterów i tym podobne. Dziś tuż przed zawodami nad ich domem ma przelatywać jumbo linii Quantas w ramach akcji promocyjnej głównego sponsora zawodów. To już nie rozrywka, to prawdziwa wojna decybelowa!
My zawody główne postanowiliśmy olać, bo po pierwsze bilety drogie jak pierun, po drugie Kubica niestety nie startuje, więc nasze kibicowanie musielibyśmy przenieść na niewiadomokogo. Dla zaiteresowanych bilet na murawę to 100 dolarów, na trybuny 400... chyba wolę wydać ponad tysiąc złotych na jakiś bardziej praktyczny cel;)
A teraz kilka fotek z wczoraj, kiedy czujnym okiem reporterskim łapałam klimaty zawodów... Jutro nastanie błogosławiona cisza, czyli zwykły miejski hałas!
za tymi drzewami już park, czyli trybuny i meta wyścigu
zbliżenie na trybuny, miejscówka 400 dolarów - podobno
tyle byliśmy w stanie zobaczyć z naszej lunchowej loży wipów
tłum po eliminacjach
panowie po 40 z lekkimi brzuszkami, którzy nie wyrośli z resoraków - to trafny opis przeciętnego kibica
obrandowanie obowiązkowe
a na koniec romantyczny zachód słońca nad stocznią
czwartek, 20 stycznia 2011
Melbourne, Australian Open
Od tygodnia trwa w Melbourne największa impreza tenisowa w tym kraju, czyli Australian Open. Czy można coś takiego przegapić, jeżeli własny ojciec zarywa w ojczyźnie nocki, żeby zobaczyć Nadala czy siostry Wiliams, a nasza reprezentantka Agnieszka R. jest rozstawiona z numerem 12.? Nie można!
Wczoraj wybraliśmy się tam po raz pierwszy, ale chyba nie ostatni. Agnieszka grała w deblu z Tajwanką Chan, miał to być 4. mecz na korcie nr 19. Od rana obserwowałam wyniki na żywo i kalkulowałam, czy uda mi się na ten mecz załapać, jak szybko dojechac na miejsce i jak się przebić do właściwego kortu. Trzeci mecz skończył się przed 16, byłam więc w lekkim popłochu, jak to wszystko wyjdzie. Potem pojawiła się informacja, że dziewczyny nie zaczną wcześniej niż o 18.30. W efekcie pojawiły się na korcie tuż przed siódmą, kiedy my byliśmy już pięknie usadzeni w drugim rzędzie, jakieś 2m w linii prostej od krzesełek, na których dziewczyny odpoczywały.
Kort 19 jest jednym z 20 kortów do meczów eliminacyjnych, nie tak ważnych z punktu widzenia oglądalności czy tzw show. Mamy raptem 6 rzędów trybun, wąskie przejście między ogrodzeniem a widownią. Daje to niesamowitą przyjemność bycia blisko zawodników i pola walki. Główne mecze odbywają się oczywiście na 2 arenach zamkniętych, na otwartej arenie im Margaret i korcie nr 2, który prawdopodobnie ma większą trybunę.
Tu Polaków było sporo, choć spodziewałabym się większej grupy, razem z nami jakieś 15 osób, znacznie więcej kibiców przyszło do Tajwanki. Nasze grały z Rosjanką i Słowaczką, które do boju zagrzewało dwóch smutnych panów, a pod koniec trójka Rosjan w żółtych czapeczkach z kołatkami w dłoniach. Tajwańczycy byli zorganizowani jak rzadko, flagi na policzkach i jedna ogromna rozpostarta na połowie ich sektora, krzyczeli Anieszka I love you i takie tam. Polscy kibice wykazali się po swojemu, od strony młodej grupy usłyszałam Je..ać policję oraz Górnik Zabrze. Każdy orze jak może. Dziewczyny w tym czasie robiły swoje, czyli grały.
Pierwsze gemy nasze prowadziły nieźle, zrobiło się 4:0, ale nagle przeciwniczki się obudziły i set skończył się ich wygraną 6:4. Następnego na szczęście wygrały nasze dziewczyny 6:2 i zaserwowały nam emocjonującą końcówkę już przy sztucznym świetle, ostatni set 7:5. W sumie mecz trwał 2 godziny, na koniec udało mi się dostać autograf, Izka życzyła Agnieszce powodzenia następnego dnia, a ona odpowiedziała Dzięki!
Po dawce patriotycznego kibicowania udaliśmy się na Margaret court, gdzie Francuz Gael Monfils właśnie rozbierał Portugalczyka Gila. Zupełnie inne emocje, bo kibiców było na oko ponad 5000, inna arena i szybkie, ciężkie, męskie piłki. Monfils skakał jak pasikonik, serwując piłki na złączonych nogach. Balansował piłeczką na krawędzi rakiety z gracją cyrkowca zabawiającego tłum. Przewyższał Gila o głowę, więc miał ułatwioną sprawę w serwami i dobieganiem do piłki, a Gil jakby mniej popełniał błędów własnych i wyglądało, że miał więcej doświadczenia. Tego meczu nie obejrzeliśmy do końca, robiło się późno, ale Monfils mecz wygrał. W sobotę wracamy po więcej!
woda pitna za darmo - tak powinno być na wszystkich imprezach masowych
narada przed meczem
ostatnie ustalenia z sędziną
Tajwan górą
Aga w skupieniu
i w czasie serwowania
ot i cały kort
muszę przyznać, że Aga była najzgrabniejszą zawodniczką na tym korcie w czasie tego meczu
radość na koniec
Wczoraj wybraliśmy się tam po raz pierwszy, ale chyba nie ostatni. Agnieszka grała w deblu z Tajwanką Chan, miał to być 4. mecz na korcie nr 19. Od rana obserwowałam wyniki na żywo i kalkulowałam, czy uda mi się na ten mecz załapać, jak szybko dojechac na miejsce i jak się przebić do właściwego kortu. Trzeci mecz skończył się przed 16, byłam więc w lekkim popłochu, jak to wszystko wyjdzie. Potem pojawiła się informacja, że dziewczyny nie zaczną wcześniej niż o 18.30. W efekcie pojawiły się na korcie tuż przed siódmą, kiedy my byliśmy już pięknie usadzeni w drugim rzędzie, jakieś 2m w linii prostej od krzesełek, na których dziewczyny odpoczywały.
Kort 19 jest jednym z 20 kortów do meczów eliminacyjnych, nie tak ważnych z punktu widzenia oglądalności czy tzw show. Mamy raptem 6 rzędów trybun, wąskie przejście między ogrodzeniem a widownią. Daje to niesamowitą przyjemność bycia blisko zawodników i pola walki. Główne mecze odbywają się oczywiście na 2 arenach zamkniętych, na otwartej arenie im Margaret i korcie nr 2, który prawdopodobnie ma większą trybunę.
Tu Polaków było sporo, choć spodziewałabym się większej grupy, razem z nami jakieś 15 osób, znacznie więcej kibiców przyszło do Tajwanki. Nasze grały z Rosjanką i Słowaczką, które do boju zagrzewało dwóch smutnych panów, a pod koniec trójka Rosjan w żółtych czapeczkach z kołatkami w dłoniach. Tajwańczycy byli zorganizowani jak rzadko, flagi na policzkach i jedna ogromna rozpostarta na połowie ich sektora, krzyczeli Anieszka I love you i takie tam. Polscy kibice wykazali się po swojemu, od strony młodej grupy usłyszałam Je..ać policję oraz Górnik Zabrze. Każdy orze jak może. Dziewczyny w tym czasie robiły swoje, czyli grały.
Pierwsze gemy nasze prowadziły nieźle, zrobiło się 4:0, ale nagle przeciwniczki się obudziły i set skończył się ich wygraną 6:4. Następnego na szczęście wygrały nasze dziewczyny 6:2 i zaserwowały nam emocjonującą końcówkę już przy sztucznym świetle, ostatni set 7:5. W sumie mecz trwał 2 godziny, na koniec udało mi się dostać autograf, Izka życzyła Agnieszce powodzenia następnego dnia, a ona odpowiedziała Dzięki!
Po dawce patriotycznego kibicowania udaliśmy się na Margaret court, gdzie Francuz Gael Monfils właśnie rozbierał Portugalczyka Gila. Zupełnie inne emocje, bo kibiców było na oko ponad 5000, inna arena i szybkie, ciężkie, męskie piłki. Monfils skakał jak pasikonik, serwując piłki na złączonych nogach. Balansował piłeczką na krawędzi rakiety z gracją cyrkowca zabawiającego tłum. Przewyższał Gila o głowę, więc miał ułatwioną sprawę w serwami i dobieganiem do piłki, a Gil jakby mniej popełniał błędów własnych i wyglądało, że miał więcej doświadczenia. Tego meczu nie obejrzeliśmy do końca, robiło się późno, ale Monfils mecz wygrał. W sobotę wracamy po więcej!
woda pitna za darmo - tak powinno być na wszystkich imprezach masowych
narada przed meczem
ostatnie ustalenia z sędziną
Tajwan górą
Aga w skupieniu
i w czasie serwowania
ot i cały kort
muszę przyznać, że Aga była najzgrabniejszą zawodniczką na tym korcie w czasie tego meczu
radość na koniec
Subskrybuj:
Posty (Atom)