Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perth. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2012

Perth: nad rzeką Swan

W niedzielę rano postanowiłam pożegnać się z Perth krótkim spacerkiem wzdłuż rzeki Swan, nad którą praktycznie mieszkaliśmy w dzielnicy East Fremantle. Jak to na tym wybrzeżu poranek był rześki, ale już zapowiadał się spory upał. Było pięknie, woda czysta, nieliczni właściciele piesków, poranni biegacze, żeglarze spuszczający łódki na wodę, kajakarze i zapaleńcy z worami, jako że mieliśmy akcję Sprzątania Ziemi, no i oczywiście cykliści pomykający szosą wzdłuż rzeki. Wszyscy mówili Morning i to było coś, co w Melbourne funkcjonuje już tylko wśród starszych lekko wścibskich właścicielek pudli, a w Perth z miłego porannego powitania korzystają wszyscy, łącznie z zasapanymi biegaczami. Stada wielkich białych kakadu i  kolorowych papug, kaczki i inne ptaszki, których nazwy niestety nie znam. Brak majn, czyli moich ulubionych skrzydlatych mieszkańców Melbourne.

Polecam!
 poranna wyżerka
 dzień dobry rzeko Swan!
 czyżby całodzienna wyprawa?
 bezpieczeństwo przede wszystkim
 grawitacja? nie słyszałam...










kto mi pomoże, co to za ptaszek?
 motorowodniacy górą




kukułcze jajo w stadzie kakadu










żegnaj Perth!

piątek, 9 marca 2012

Perth: Sorrento

Ostatnim punktem w naszych badaniach nad zachodnim wybrzeżem okazało się Sorrento, wysunięta na północ dzielnica Perth z pięknie urządzonym portem jachtowo-motorowym (Hillarys Boat Harbour dla chcących sprawdzić na mapie), plażami i ciekawym kompleksem dedykowanym dzieciom i ich zabawom w każdej postaci. Zajechaliśmy tam pod wieczór i przeszliśmy się zadaszonym deptakiem zwanym boardwalkiem, pomiędzy sklepikami i kawiarniami oraz barami szybkiej obsługi. Mój ulubiony naked burrito w MadMex był o dolara droższy niż w Melbourne, ale poza tym nie byliśmi jakoś zaskoczeni cenami.

Popodziwialiśmy trochę łodzie i przeszliśmy w kierunku nowej zabudowy bazującej na pseudo przemysłowo portowej estetyce, przekroczyliśmy zwodzony most broniący dostępu do zatoczki i wkroczyliśmy w krainę piknikowania i dziecięcych pisków. Fajnie urządzony wodny plac zabaw i inne atrakcje, z którymi wiążą się wspomnienia z dzieciństwa - myślę, że między innymi dlatego określa się Perth jako miasto idealne dla rodzin z dziećmi, bo rzeczywiście dla małych ludzi robi się tu dużo i z pomysłem.

Pokrążyliśmy jeszcze chwilę po dzielnicy, między innymi wjechaliśmy w osiedle kompletnie nowych domków, które wyglądały na nie zamieszkane. Uliczka szła po lekkim łuku, między domami zielony skwer z jeziorkami, z których tryskały małe fontanny (Oahu Gardens). Domy - każdy inny, ale w podobnym charakterze, dwupoziomowe z wielkimi garażami, upchnięte ciasno w szeregach z niewielkim ogródkiem z przodu i znacznie większym z tyłu. Powierzchnia każdego - na oko 300-500m2. Przed domami gdzieniegdzie samochody - jakieś porche, mazda + wielki suv z doczepioną jeszcze większą łodzią motorową na przyczepie.... Na wszelki wypadek nie robiłam zdjęć ;)

 na małej zatoczce było tłoczno
 wnętrze pasażu handlowego
platforma na środku zatoki pełna była nastolatków
 nowsza część kompleksu restauracyjnego
 zwodzony most
 tańczące delfiny - już za 2 dolary ;)
 wodny raj dla najmłodszych
wydmy przed zachodem

środa, 7 marca 2012

Perth, Mount Lawley, Armadale & Subiaco

Plaża rozleniwia, ale przecież to nie był główny powód naszej wycieczki na zachód kontynentu - mieliśmy przede wszystkim sprawdzić, jak potencjalnie da się mieszkać i żyć w Perth. Kolega M z pracy przygotował dla nas listę dzielnic do odwiedzenia, a dodatkowo chcieliśmy się spotkać z R, moim dobrym kolegą z pracy z Polski, który przeniósł się do Perth chwilę po tym, jak my przylecieliśmy do Melbourne.

R czekał na nas w pubie, sącząc piwo za 10 dolców przez ostatnie 3h. Dołączyliśmy chętnie, wysuszeni plażowaniem, pogadaliśmy o tym, jak się żyje w Perth, a następnie udaliśmy się małe co nieco. R jest tu głównym architektem w dużej firmie inżynieryjnej i oprócz zajmowania się kilkoma tematami, reprezentowania firmy na zjazdach, konferencjach i bankietach, jest odpowiedzialny za kontakty z Aborygenami i projekt modelowego domu pasywnego dla wschodniej Australii. Brzmi to wszystko nieźle, do tego sporo wolnego czasu na jazdę na rowerze, pływanie w Oceanie i picie piwka, więcej już od życia nie potrzebuje. Co śmieszne, niemal natychmiast zaproponował mi robotę na całkiem ciekawym stanowisku w swojej firmie. Powiedziałam, że przemyślę, bo faktycznie, jeszcze nie wiemy czy i kiedy przyjdzie nam się do Perth przenieść, ale jeżeli byłoby to dla mnie aż tak proste, to dlaczego nie?

Z R spotkaliśmy się we Flying Skotchman w Mount Lawley, dużym pubie urządzonym w mrocznym brytyjskim charakterze, tłoczno było tu już od trzeciej, a tłum gęstniał z godziny na godzinę. Na jedzenie przenieśliśmy się do przyzwoitej włoskiej knajpy obok, mule po królewsku plus rewelacyjna pizza, rachunki przeciętnie o 30-50% wyższe niż w Melbourne. No cóż, zarobki też.... Sama dzielnica była dosyć fajna, ale znacznie bardziej podobało nam się Subiaco, do którego trafiliśmy dzień później po nieco nieudanej wyprawie w góry, czyli do Armadale. Myśleliśmy, że z racji wyższego położenia otworzą się przed nami jakieś rewelacyjne widoki na CBD, ale nic z tego, busz i chęchy uniemożliwiały zobaczenie miasta w pełnek krasie. Wrócilismy więc na niziny, czyli do Subiaco właśnie.

I ta ostatnia dzielnica podobała nam się najbardziej, bo przypomina South Yarrę i pewno najchętniej w czymś takim byśmy mieszkali. Główne ulice z małymi sklepikami i knajpkami co krok, odległości w skali ludzkiej, małe domki i zadrzewione aleje w ulicach bocznych. Lekko offowa młodzież na skuterach, butiki, śniadania i brunche w kawiarniach, można żyć. W dodatku piechotą do CBD - 3km, czyli odległość do zniesienia nawet w trybie codziennym. A teraz kilka fotek:

widok z Armadale w kierunku morza, do centrum 40km przez nieciekawe pustkowia
 Subiaco, sobotni poranek
 Hotel Subiaco, od którego dzielnica wzięła nazwę
 klimaty jak na Chapel Street w Melbourne
skrzyżowanie bocznych ulic, warto zwrócić uwagę na zabiegi drogowców spowalniające ruch i ... kaktus wyższy od regularnego drzewa liściastego obok!
 niektóre domy Subiaco były nawet interesujące...
bardziej historyczne klimaty też na miejscu!

Perth, niebiańskie plaże...

Tak się jakoś złożyło, że do Perth dolecieliśmy po wyjątkowo deszczowym mokrym tygodniu w Melbourne, więc nasza potrzeba wygrzania się w słońcu była oczywista. Perth słynie ze swoich plaż, które mimo położenia w centrum miasta, prezentują się o wiele lepiej niż tu na miejscu. Duże znaczenie ma Ocean Indyjski - ciepły i przejrzysty niezależnie od pory roku, małym mankamentem mogą być rekiny polujące w pobliżu, ale od tego mamy lotne patrole helikopterów śledzące okolice. R, którego spotkaliśmy pierwszego dnia, powiedział, że on co niedzielę wypływa w głąb oceanu i się nie przejmuje, bo śmierć zadana przez rekina będzie szybka i bezbolesna, w końcu bestia ma z reguły 5m długości i pewno z metr średnicy w szczęce... trzeba więc zacisnąć oczy i już!


Pierwszego dnia zwiedziliśmy zatem plażę w Cottesloe, a drugiego City Beach i kolejną w Scarborough. Chyba nie mieliśmy szczęścia za pierwszym razem, bo rozłożyliśmy się w miejscu załamywania się fali, co było miłe dla ucha, ale dosyć zdradliwe podczas wycieczek do wody - dno było dosyć skaliste i z dziurami, a przy silnej fali łatwo w ten sposób skręcić kostkę. Ciekawą rzeczą w Cottesloe było miejsce publicznego protestu przeciw wszystkiemu, z głośników dochodziły nagrania słowa NO wzięte z różnych filmów i wypowiedzi medialnych, a dookoła powiewały transparenty i wbite były banery oraz różne rzeźby ludzi protestujących - głównie przeciw nietolerancji i różnym społecznym niesprawiedliwościom.

Plaże północne miały z kolei pełniejszą infrastrukturę typu prysznice, przebieralnie i wucety, do tego piękne wydmy i cudowne fale do body surfingu i innych wodnych rozrywek. Piasek na plaży jasny i drobny, ludzi sporo, ale w rozproszeniu pozwalającym na odrobinę prywatności. Co jak co, ale plaże w Perth gorąco polecam!

 piątek w Cottesloe
 No No No...
 sobota w Scarborough
 body surfing w Australii Zachodniej
w walce z żywiołem

wtorek, 6 marca 2012

Perth, Fremantle

Na pierwszy ogień w ramach naszej wycieczki na zachodnie wybrzeże poszło Fremantle, czyli artystyczna portowa dzielnica opisywana szeroko we wszelkich przewodnikach po mieście. Zupełnie przypadkowo przyparkowaliśmy w pierwszej linii przy porcie i trafiliśmy do browaru połączonego z restauracją o niewinnej nazwie Little Creatures. W herbie browaru jest czerwony aniołek, całość urządzona jest w klimacie loftowego nieładu w hangarach przyportowych uzupełnionych o drewniane tarasy wychodzące na wodę. Tuż obok znajduje się inne miejsce wymieniane w Lonely Planet, czyli Mussel Bar, przed południem jednak zamknięty, a w dodatku odstraszający M nazwą.... gwoli wyjaśnienia M nie weźmie owoców morza do ust, no chyba że na bezludnej wyspie zmuszony wielodniowym postem ;) Na szczęście w Aniołkach dla każdego coś miłego - dla mnie mule w sosie winno-szalotkowym, dla M pizza z pieca, piwko pilsner z własnej produkcji bardzo smaczne nie powiem. Odpoczęliśmy po trudach podróży i ruszyliśmy na zwiedzanie dzielnicy.

Trafiliśmy do Muzeum Morskiego, zlokalizowanym w pięknym kamiennym budynku portowym, wejście co łaska, w środku wystawa czasowa o wyprawach holenderskich do Nowej Holandii, czyli dzisiejszej Australii... mapy z 1600 roku, na których jest Kraków, a wybrzeże naszej przejściowej ojczyzny łączy się w jedno z Antarktydą z jednej a Jawą z drugiej strony...Poza tym ciekawie podświetlone fragmenty wraków, modele statków, wstrząsające opisy katastrof morskich, dzwony i elementy wyposażenia. Na dodatek wszystko to, co statkami podróżowało, czyli np 60.000 sztuk cegły holenderskiej jako balast w jedną stronę na Jawę i miejscowe metale i przyprawy w drugą. Muzeum polecam i młodym i starym, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie... A strudzeni klimatyzowane wnętrze co w Perth ma kolosalne znaczenie!

Przewędrowaliśmy dalej małymi uliczkami Fremantle, z ciekawą zabudową przypominającą mi port w Aberdeen, jednak znacznie bardziej żywą i wypełnioną ludźmi, z zapędami rewitalizacji całej dzielnicy. Wróciliśmy do Freo, jak nazywają dzielnicę miejscowi, następnego dnia wieczorem, na zachód słońca. Nie do końca nam się udało, bo zachód zaskoczył nas na wysokości portu i kolei, ale i tak walneliśmy po piwku w miejscowym barze Clancy's Fish Pub, gdzie atmosfera była bardzo lokalna i rodzinna, mimo późnej godziny pub był pełen małych dzieci, wystrój pubu luźny i zaskakujące rozwiązania wnętrzarskie, które za chwilę na zdjęciach.

lampeczki pomiędzy browarem a jadłodalnią w Little Creatures
 A oto i samo Little Creatures na ścianie browaru
 pizzo mulo dajnia w środku
 Mussel Bar od strony wody
 Muzeum Morskie i plac przed nim
jeden z jeszcze nie zagospodarowanych budynków poprzemysłowych Fremantle
 Clancy's Fish Pub w środku
I bar alko w tymże

poniedziałek, 5 marca 2012

Perth vs Melbourne

W ostatni weekend trochę sobie przedłużyliśmy wypoczynek i udaliśmy się do Perth w ramach naszego darowanego biletu od Quantasa. Znaleźliśmy fajne B&B w East Fremantle, do tego M. wynajął samochód i w piątek rano ruszyliśmy w drogę! Perth jest oddalone od Melbourne o 4h lotu samolotem, a jeżeli chodzi o strefę czasową 3h, więc już po godzinie byliśmy na miejscu ;) Przywitało nas bezchmurne niebo i solidne +33C, lekki wiaterek i mili ludzie.

Samo miasto jest znacznie mniejsze od Melborune, raptem 1.5mln mieszkańców, za to tak samo rozłożyste, z wieżowcami jedynie w centrum i ciągnącymi się hektarami zabudowy jednorodzinnej, jednak nie tak zwartej jak u nas, a przerywanej połaciami suchej sawanny i buszu. Miejscami przypominało mi to Libię, a miejscami Aberdeen, miejscami Zalew Zegrzyński, a gdzie indziej Malediwy z pocztówek. Niezły misz masz, ale może postaram się jako prawdziwy inżyniet uporządkować to w punktach.

Zalety Perth (w stosunku do Melbourne)
  • fantastyczny ocean i obłędne plaże w samym centrum miasta
  • wyższe zarobki dla M i potencjalnie wyższe dla mnie (hm, o tym później:)
  • mniejsza odległość od Europy, a także takich przyjemnych miejsc jak Bali czy Malediwy, a więc niższe koszty podróży do domu
  • rzeka Swan - niewiarygodnie czysta i piękna, z meandrami i rozlewiskami idealnymi do żeglowania
  • kultura żeglarsko motorowodna mocno rozbudowana
  • klimat - ciepło praktycznie cały rok, przyjemnie schładza się pod wieczór, noce do przeżycia
  • mniej narkomanów i wszelkiej maści pokręconych ludzi, którzy na dłuższą metę mogą denerwować, a których pełno w Melbourne, typu hipsterski ekscentryczny barman wycierający rurkę do spieniania mleka notorycznie o własne spodnie...
  • mule mule i jeszcze raz mule - obłędne w chili lub sosie na bazie białego wina i szalotki - zjeść i umrzeć!
  • czysto i biało-niebiesko - wszędzie!
Wady Perth (w stosunku do Melbourne)
  • wyższe koszty życia, w tym w szczególności wszelkich przyjemności restauracyjnych i barowych (piwo 10AUD=33PLN!)
  • odległości - konieczność posiadania samochodu ze względu na amerykańską strukturę miasta i słabą komunikację miejską
  • mniejsze miasto a więc mniej ciekawych ludzi i opcji pracowych, kultura ewidentnie rodzinna i mało offowa
  • mniej ciekawej architektury, ewidentnie gorsza świadomość estetyczna zarówno mieszkańców jak i potencjalnych pracodawców, hm, to akurat może być zaleta, bo można na tym miernym tle zabłysnąć... o ile ktoś będzie w stanie to docenić w morzu kiczowatych kolumienek i takich tam...
  • klimat - sucho niemożliwie, skóra napięta po dwóch dniach na maxa
  • gorsza kawa i woda w knajpach
  • brak Australian Open, a więc ciężko będzie namówić pana R. by nas odwiedził
  • brak majn, czyli moich ulubionych ptaszków z Melbourne...
A teraz kilka fotek:
 port rybacki we Fremantle
 próbka przyrody i nieba
 CBD i mój potencjalny pracodawca
 walka z falami pod kontrolą ratownika w gustownych slipach nie pozostawiających niedomówień...
 port w Sorrento
i jeszcze jeden na rzece Swan, czystość wody daje do myślenia!